28 lutego 2026 | ~09:30 IRST | Teheran, Iran

28 lutego 2026 roku, wczesnym rankiem, Bliski Wschód obudził się w nowej rzeczywistości: Stany Zjednoczone i Izrael rozpoczęły wspólne naloty na Iran – Waszyngton przedstawił je jako operację „Epic Fury”, podczas gdy Izrael używał różnych kryptonimów w publicznych doniesieniach. Pierwsze fale nalotów wymierzone były w infrastrukturę i kluczowe centra dowodzenia wojskowego, a przekaz był jasny: nie był to „komunikat”, lecz próba demontażu potencjału (pocisków rakietowych, dowodzenia i – według twierdzeń atakujących – broni nuklearnej). W ciągu kilku godzin irańskie media państwowe ogłosiły wydarzenie, które politycznie przypieczętowało pierwsze 24 godziny: śmierć Najwyższego Przywódcy ajatollaha Alego Chameneiego w ataku przypisywanym rozpoczęciu operacji.

Nie ma wątpliwości, że atak Izraela i Stanów Zjednoczonych na Iran służy centralnemu celowi politycznemu: osłabieniu reżimu – a w najbardziej ambitnej wersji planu – doprowadzeniu do jego upadku. Obaj sojusznicy zdają się doszli do wniosku, że obecna sytuacja stanowi rzadkie „okno możliwości”: moment, w którym mogą podjąć próbę pozbycia się przeciwnika, który przez dekady pozostawał odporny, elastyczny i niezwykle kosztowny strategicznie. Ich podstawowe założenie wydaje się być takie, że Iran, pod presją, poniesie porażkę pod względem potencjału i prestiżu: że straci zdolność do narzucania się w regionie, odstraszania i koordynacji – a ta strata będzie katalizatorem wewnętrznej erozji politycznej i ostatecznie upadku obecnego systemu władzy. Nawet perspektywa przedłużającego się chaosu w kraju nie wydaje się ich odstraszać; wręcz przeciwnie, jest postrzegana jako koszt do sfinansowania, a nawet korzystniejszy rozwój sytuacji niż utrzymanie republiki islamskiej, która nadal funkcjonuje jako zorganizowany, spójny biegun oporu wobec ich interesów.

Geopolityczny wstrząs UE

Sekretarz generalny NATO Mark Rutte oświadczył , że NATO „nie zaangażuje się” w wojnę, ale jednocześnie pochwalił działania USA i Izraela, określając je jako ataki ograniczające potencjał Iranu. Od początku wojny UE apelowała o „maksymalną powściągliwość”, podczas gdy Komisja i Wysoka Przedstawiciel Kaja Kallas wyraziły zaniepokojenie i podkreśliły znaczenie prawa międzynarodowego, zwracając jednak uwagę na podzielone opinie państw członkowskich.

Na froncie politycznym państw europejskich, w krajach południowoeuropejskich – Hiszpanii, Grecji, Włoszech i na Cyprze – nie ma konsensusu co do stanowiska geopolitycznego, lecz raczej zindywidualizowane wybory geopolityczne, zależne od interesów każdego kraju, definiujące ideologiczną oś reakcji. Rządy Europy Południowej zdają się balansować na granicy między Stanami Zjednoczonymi, a co za tym idzie Izraelem, a rozłamami wywołanymi przez niesprowokowane naloty na Iran w sobotę 28 lutego, z naruszeniem prawa międzynarodowego, w tej nowej rzeczywistości. W tym krytycznym momencie stare sojusze wystawione są na próbę, Południe zabiera głos na swój własny sposób, Hiszpania formułuje nowe „nie w naszym imieniu”, rząd włoski troszczy się o swoich obywateli i energię, podczas gdy Grecja i Cypr łączą siły, aby chronić swoją rolę czynnika stabilizującego we wschodniej części Morza Śródziemnego.

Cypr: Mayday

W poniedziałek, 2 marca 2026 roku, wschodnia część Morza Śródziemnego znalazła się w centrum uwagi międzynarodowej opinii publicznej, ponieważ konflikt między USA, Izraelem i Iranem bezpośrednio wpływa na europejski łuk geograficzny regionu. Na Cyprze syreny alarmowe wyją – obraz, który według lokalnych opisów wywołuje rzadkie poczucie zagrożenia, niespotykane od lat 80. – po ataku dronów , gdzie nad ranem kwestia jego pochodzenia była przedmiotem debaty między dwoma scenariuszami: albo bezpośrednim zaangażowaniem Iranu, albo działaniem za pośrednictwem podmiotów pośredniczących, takich jak Hezbollah z Libanu, jak początkowo szacowano. Jednak w oświadczeniu wydanym w środę wieczorem (4 marca) brytyjskie Ministerstwo Obrony stwierdziło, że dron nie został wystrzelony z Iranu, nie precyzując, skąd nastąpił atak.

Artykuł 42.7 TUE

Artykuł 42.7 został częściowo aktywowany w dniach po ataku dronów na Akrotiri. Francja wysłała systemy obrony powietrznej i zasoby morskie; Wielka Brytania zapewniła wsparcie za pośrednictwem swoich suwerennych baz i zdolności przechwytywania. Były to znaczące działania, ale były to dwustronne odruchy pod płaszczykiem działań zbiorowych, a nie pełnoskalowa mobilizacja wzajemnej obrony, którą klauzula ta miała wywołać. Merz tymczasem nie zaoferował żadnej pomocy wojskowej – co jest znamienne dla kanclerza, który spędził miesiące pozycjonując Niemcy jako nowy strategiczny kręgosłup Europy. W czwartek Włochy i Hiszpania, podobnie jak Francja, zapowiedziały wysłanie zasobów morskich na pomoc Cyprowi. To, co się wyłoniło, było mozaiką reakcji narodowych, luźno ujętych w języku solidarności, co potwierdza, że ​​artykuł 42.7 pozostaje w praktyce klauzulą, której pełne aktywowanie zależy mniej od powagi zagrożenia, a bardziej od woli politycznej poszczególnych państw członkowskich w danym momencie.

Artykuły 4 i 5 NATO

Artykuły 4 i 5 Traktatu Północnoatlantyckiego pozostają nienaruszone właśnie dlatego, że minimalna skala ataku stanowiła wiarygodne uzasadnienie dla powściągliwości. Wielka Brytania, jako członek NATO, którego suwerenne terytorium było bezpośrednio zagrożone, teoretycznie mogła uruchomić klauzulę obrony zbiorowej, ale uczynienie tego z powodu odłamków i przechwyconych pocisków byłoby skrajnie nieproporcjonalne – niczym błyskawiczna reakcja na alarm pożarowy. Prawdziwym utrudnieniem jest sam Cypr, który znajduje się całkowicie poza NATO, co oznacza, że ​​tureckie zaprzeczenia, jakoby baza Incirlik była celem ataku, nie były jedynie teatrem działań dyplomatycznych, ale sposobem na ograniczenie kryzysu do rozsądnych granic. Gdyby Ankara przyznała, że ​​instalacja NATO została celowo zaatakowana, uruchomienie Artykułu 5 stałoby się niemal niemożliwe do uniknięcia, a eskalacja konfliktu byłaby katastrofalna. Później Iran publicznie zaprzeczył, jakoby ostrzelał terytorium Turcji. Mimo to przedstawiciele USA i Zachodu poinformowali „The New York Times”, że pocisk prawdopodobnie był wycelowany w bazę lotniczą Incirlik i że został zestrzelony z amerykańskiego okrętu wojennego we wschodniej części Morza Śródziemnego.

Nikozja odpowiada politycznie, argumentując, że „Cypr nie uczestniczy w operacjach wojskowych”, ale gdy na wyspie działają brytyjskie bazy, a przestrzeń powietrzna wschodniej części Morza Śródziemnego jest pełna zagrożeń i przechwytów, „neutralność” wydaje się bardziej retoryczną obroną niż rzeczywistością geograficzną. Sytuację komplikuje sprzeczność w narracjach publicznych: wcześniej, w niedzielę 1 marca, brytyjski minister obrony John Healey podobno oświadczył , że dwa irańskie pociski zostały wystrzelone w kierunku brytyjskich baz na Cyprze i przechwycone przez siły izraelskie, ale rząd cypryjski kategorycznie temu zaprzecza, argumentując, że „to nieprawda” i że nic nie wskazuje na zagrożenie dla kraju, a odpowiednie władze „uważnie” monitorują sytuację na bieżąco. Jednocześnie Nikozja twierdzi, że na wyspie nie ma żadnej operacyjnej obecności amerykańskich samolotów, a wszelkie obiekty służą celom humanitarnym, jednocześnie rejestrując ruchy bezzałogowych dronów w kontekście szerszych niepokojów w regionie.

Tak zwana „neutralność” Nikozji nie pozostała jedynie pustym sloganem. W poniedziałek, 2 marca, rząd cypryjski publicznie wyraził głębokie niezadowolenie z Wielkiej Brytanii za brak „jasnych i terminowych zapewnień”, że brytyjskie bazy na wyspie nie będą wykorzystywane do żadnych celów poza działalnością humanitarną, po ataku dronów w Akrotiri. Rzecznik rządu Constantinos Letymbiotis, po posiedzeniu Rady Narodowej, zauważył, że komunikaty z Londynu uznano za niewystarczające, „co postrzegamy z niezadowoleniem” i zapowiedział, że Nikozja podejmie dalsze kroki dyplomatyczne i instytucjonalne w celu formalnego wyrażenia swojego protestu. Nota protestacyjna wpisuje się w ten sam kontekst: posunięcie, które nie jest „teatralne”, lecz narzędziem rejestrowania odpowiedzialności i wywierania presji na rzecz wiążących wyjaśnień dotyczących wykorzystania baz, zwłaszcza gdy – jak skarżyła się strona cypryjska – mieszkańcy terenów przyległych nie otrzymali na czas żadnych informacji, co doprowadziło do wzrostu strachu i dezorientacji w czasie, gdy kryzys dosłownie puka do drzwi wyspy.

Hiszpania: Nie dla wojny, tak dla obrony

Madryt wyraźnie odmówił zgody na korzystanie ze swoich baz, a około piętnastu amerykańskich tankowców opuściło Morón i Rotę, gdy decyzja Hiszpanii stała się znana. Natomiast jednostki wojskowe NATO (takie jak amerykańskie okręty wojenne USS Roosevelt i Bulkeley, które przebywały w Rocie na ćwiczeniach) kontynuowały operacje, ponieważ rząd hiszpański nie ma prawa ingerować w nie, gdy znajdują się na wodach międzynarodowych. Hiszpania wezwała ambasadora Iranu na rozmowy, potępiając irańskie ataki jako „niedopuszczalne” i żądając ich natychmiastowego przerwania (powołując się na bezpieczeństwo 30 000 Hiszpanów w regionie). Jednocześnie Ministerstwo Spraw Zagranicznych powołało specjalną jednostkę kryzysową do monitorowania obywateli Hiszpanii (Zjednoczone Emiraty Arabskie, Izrael itp.) i ściśle współpracuje z UE w celu koordynowania ich ochrony (chociaż do tej pory nie ma doniesień o ofiarach wśród Hiszpanów, a jedynie o opóźnieniach w planowaniu repatriacji).

Pedro Sánchez publicznie podjął wyzwanie pod presją Amerykanów, nadając odmowie Hiszpanii zgody na wykorzystanie baz czysto polityczny wymiar. W przemówieniu w Madrycie nazwał eskalację „rosyjską ruletką”, w której stawką jest los milionów ludzi, i podsumował swoje stanowisko trzema słowami: „Nie dla wojny”. Sugestia była dwojaka: Hiszpania nie będzie współwinna konfliktu, który uważa za niebezpieczny i niestabilny, i nie zmieni swojego stanowiska „z obawy przed odwetem”. Jednocześnie wezwał Stany Zjednoczone, Izrael i Iran do zaprzestania działań, zanim „będzie za późno”, argumentując, że nie można odpowiadać „na jedno naruszenie prawa drugim”, ponieważ tak właśnie zaczynają się wielkie katastrofy. Jako przestrogę przywołał przykład Iraku (2003), gdzie obietnica „bezpieczeństwa” zakończyła się falą niestabilności w Europie.

Oświadczenie to było odpowiedzią na bezprecedensowy atak Donalda Trumpa na rząd Hiszpanii: poprzedniego dnia Trump oskarżył Madryt o niedopuszczenie do wykorzystania wspólnych baz w południowej Hiszpanii do kontynuowania operacji amerykańskich i oświadczył, że polecił Sekretarzowi Skarbu „zamknąć wszelkie transakcje” z Hiszpanią. Spór natychmiast otworzył front europejski: kanclerz Niemiec Friedrich Merz podobno jasno dał do zrozumienia, że ​​Hiszpanii nie można traktować „odrębnie” w kwestiach handlowych, a stanowisko Komisji było jeszcze bardziej dosadne: każde zagrożenie dla państwa członkowskiego jest zagrożeniem dla UE. Sam Friedrich Merz stwierdził jednak, że nie jest to czas na „pouczanie naszych partnerów i sojuszników”.

Stanowisko Madrytu to chwilowy odruch, ale także pamięć mięśniowa rządu; jest ono spójne z jego niedawną postawą polityczną, postawą rządu, który chce zapewnić autonomię swoim europejskim partnerom, chronić swoich obywateli w regionie bez dalszego podsycania napięć i ugruntować swoją pozycję w języku prawa międzynarodowego, co uczynił w przypadku Gazy. Sánchez nie jest radykalną postacią „antyzachodnią”; jest umiarkowanym socjaldemokratą i kategorycznie sprzeciwia się reżimowi irańskiemu. Właśnie z tego powodu jego wybór ma szczególną wagę: jest przedstawiany jako odrzucenie wojny, która zwielokrotniłaby rozlew krwi na Bliskim Wschodzie, podważyłaby praworządność na arenie międzynarodowej, pogłębiła destabilizację i uczyniła Hiszpanię współwinną „czegoś, co jest złe dla świata i sprzeczne z naszymi wartościami i interesami”, wyłącznie po to, by uniknąć odwetu.

W świetle oświadczeń Sáncheza i rozmieszczenia fregaty SPS Cristóbal Colón (F-105), należy zauważyć, że obrona Europy nie jest tym samym, co realizacja celów operacyjnych USA na Bliskim Wschodzie. Hiszpania wydaje się nieformalnie powoływać na artykuł 42(7) Traktatu o Unii Europejskiej i wysyłać fregatę na Cypr, działając w ramach europejskich ram prawnych, z własną hierarchią, własnymi zasadami zaangażowania i własną logiką polityczną, zobowiązaniem niezależnym od NATO, a przede wszystkim niezależnym od strategicznych preferencji Waszyngtonu w regionie.

Misja fregaty stanowi zatem coś bardziej analogicznego do nieformalnego uruchomienia tych ram w sytuacji kryzysowej: nie jest to wypowiedzenie wojny ani eskalacja, ani też poddanie się operacji pod dowództwem USA, lecz de facto reakcja obronna, wywołana przez bezbronność państwa członkowskiego – Cypru – które nie jest objęte ochroną NATO i którego bezpieczeństwo opiera się niemal wyłącznie na solidarności UE i prawie międzynarodowym. W przypadku Cypru opcje odstraszania opierają się przede wszystkim na stosowaniu prawa międzynarodowego i członkostwie w UE, co sprawia, że ​​zbiorowe wsparcie jest w istocie drogą jednokierunkową.

Grecja: ciężar geografii

W oświadczeniach złożonych w niedzielę grecki premier Kyriakos Mitsotakis uznał bezpieczeństwo obywateli greckich na Bliskim Wschodzie za „niepodlegający negocjacjom priorytet”. Stwierdził również, że „stałym celem” kraju jest utrzymanie swobodnej żeglugi i stabilności w szerszym regionie, podkreślając konieczność unikania eskalacji i ochrony ludności cywilnej. Jednocześnie Ministerstwo Spraw Zagranicznych ogłosiło w oficjalnym komunikacie (w sobotę, 28 lutego), że uruchomiło Narodowe Centrum Zarządzania Kryzysowego, postawiło wszystkich Greków za granicą w stan gotowości, a minister spraw zagranicznych G. Gerapetritis powtórzył potrzebę międzynarodowej kontroli nad irańskim programem nuklearnym/balistycznym i że Grecja będzie współpracować ze wszystkimi stronami w celu ochrony praworządności.

Ateny zmobilizowały zasoby ze strategiczną wrażliwością, uruchamiając Centrum Koordynacji Kryzysowej dla swoich obywateli już od pierwszych godzin po przybyciu, a jednocześnie wdrażając skoordynowany plan repatriacji Greków uwięzionych na lotniskach na Bliskim Wschodzie. Marynarka Wojenna przejęła wzmożone patrole na południowych granicach kraju i deklaruje gotowość do ochrony greckich przepływów handlowych. W odpowiedzi militarnej Grecja wczoraj wysłała na Cypr dwie fregaty, w tym niedawno zakupioną od Francji Belharę, oraz cztery myśliwce F-16, aby wzmocnić obronę Cypru. W bazach NATO w tym kraju, takich jak Souda na Krecie, siły zostały postawione w stan najwyższej gotowości; przeprowadzono ćwiczenia z pełnym pokryciem radarowym, a Siły Powietrzne pozostają w stanie najwyższej gotowości od niedzieli.

Jednocześnie Grecja wysyła baterię pocisków Patriot na Karpatos, aby wzmocnić obronę powietrzną w regionie z powodu zamieszek na Bliskim Wschodzie. Wreszcie, grecka straż przybrzeżna poinstruowała greckie statki, aby unikały wąskich przejść morskich (Ormuz, Adelaide itp.) z powodu zagrożeń (ostrzeżenie, które zostało również wydane pierwszego dnia przez ministra żeglugi). Jednak w najnowszych wydarzeniach w środę, Dimitris Koutsoubas, sekretarz generalny Partii Komunistycznej, powiedział redaktorom politycznym, że dwa z przechwyconych dronów zmierzających na Cypr były uzbrojone. Koutsoubas, sekretarz generalny Partii Komunistycznej, powiedział redaktorom politycznym, że dwa z przechwyconych dronów zmierzających na Cypr były skierowane w stronę Soudy, co spowodowało natychmiastowe zamieszanie polityczne i operacyjne, ponieważ publicznie wzmocniło to pytanie, czy cenne greckie instalacje były już celem gróźb lub naruszeń. Źródła rządowe i wojskowe zaprzeczyły tym oskarżeniom, ale incydent ten wzmocnił plotki i podsycił wrażenie, że Grecja może znajdować się bliżej linii ognia, niż publicznie przyznaje.

Grecja próbuje kreować wizerunek „odpowiedzialnego partnera” – obecnie wiernego sojusznika swojego „siostrzanego” Cypru – demonstrując gotowość do pomocy w jego obronie. Za tym stanowiskiem kryje się ciężkie tło historyczne: pamięć o roku 1974, kiedy Ateny, za rządów junty, były zasadniczo nieobecne w operacji Attyla, działa jak permanentne poczucie winy, ale także jako milcząca obietnica, że ​​„tym razem nie będziemy nieobecni”. Jednocześnie grecka linia podkreśla – bez goryczy – potrzebę poszanowania prawa międzynarodowego, podążając stosunkowo znaną trajektorią reakcji Aten na operacje z udziałem USA: od niefortunnego oświadczenia Kyriakosa Mitsotakisa: „To nie czas na komentowanie legalności ostatnich działań” w odniesieniu do operacji w Wenezueli, po stałe udzielanie wsparcia politycznego swojemu strategicznemu sojusznikowi, Izraelowi, nawet podczas ludobójstwa w Strefie Gazy.

Grecja nie chce angażować się w wojnę, ale stara się stać się „filarem stabilności” we wschodniej części Morza Śródziemnego. W szerszym kontekście Ateny pozycjonują się jako odpowiedzialne mocarstwo regionalne, podkreślając jednocześnie swoje historyczne więzi z Cyprem; co jednak kluczowe, unikają logiki działań militarnych w Iranie.

Ta postawa stabilności została jednak natychmiast wystawiona na próbę. Podczas gdy Ateny prezentowały spokój i wzmacniały Cypr, Ankara obrała zupełnie inny kierunek. Turcja zmieniła zdanie, a rzecznik tureckiego MSZ Öncü Keçeli publicznie oświadczył, że oświadczenia sprzeczne ze zdemilitaryzowanym statusem wysp Morza Egejskiego są „błahe, niefortunne i nie w porę”, powołując się na traktaty lozańskie z 1923 roku i paryskie z 1947 roku, żądając od Grecji przeniesienia systemów rakietowych z Dodekanezu. Ateny odpowiedziały natychmiast i jednoznacznie: rzeczniczka greckiego MSZ Lana Zozios oświadczyła , że ​​obronna postawa Grecji jest „niepodlegająca negocjacjom”, odrzucając tureckie roszczenia demilitaryzacyjne jako całkowicie bezpodstawne i wielokrotnie odrzucając je, jednocześnie wyraźnie zaznaczając, że Turcja nie jest nawet sygnatariuszem paryskiego traktatu pokojowego z 1947 roku, na który tak chętnie się powołuje. Zozios dodał, że panująca niepewność i ryzyko dalszej eskalacji wymagają „rozwagi i trzeźwości, a nie bezsilnej postawy” – argument ten stanowił zarówno odpowiedź na działania Ankary, jak i sygnał dla opinii publicznej w kraju. Ta wymiana zdań przekształca to, co powinno być wspólną dyskusją na temat regionalnej obrony powietrznej, w dwustronny grecko-turecki impas, odciągając uwagę NATO od szerszej architektury bezpieczeństwa we wschodniej części Morza Śródziemnego i skupiając ją na zakorzenionych sporach terytorialnych. Sojusz, podobnie jak Unia, ponownie wycofuje się do odrębnych rozmów dwustronnych, zamiast stawić czoła systemowym słabościom, które tak wyraźnie obnażył atak irański.

Włochy: Ostrożność jako doktryna

Wreszcie, po stronie włoskiej, Rzym od samego początku działał w oparciu o zasadę „ostrzegania i gotowości”, utrzymując ciężar reakcji na dyplomacji i ochronie Włochów w regionie. Minister spraw zagranicznych Antonio Tajani powołał „Grupę Roboczą ds. Zatoki Perskiej” w celu koordynacji działań ambasad i konsulatów, podkreślając, że bezpieczeństwo rodaków pozostaje absolutnym priorytetem i zapowiadając wysłanie dodatkowego personelu dyplomatycznego i logistycznego. Jednocześnie próbował bagatelizować skalę włoskiej obecności wojskowej w szerszym regionie, zauważając, że nie było ofiar, pozostawiając otwartą dyskusję na temat wzmocnienia obrony przeciwrakietowej w państwach Zatoki Perskiej. Giorgia Meloni określiła irańskie ataki na państwa arabskie jako „całkowicie nieuzasadnione”, podkreślając , że nie będzie deeskalacji, dopóki będą one kontynuowane, i podkreśliła, że ​​niedawne ataki amerykańsko-izraelskie zostały przeprowadzone „bez udziału Europy”, ostrzegając przed błędnymi kalkulacjami, które wciągną również Europę w konflikt.

Rzym unikał udzielania politycznego poparcia operacjom przeciwko Iranowi, zachowując niski profil w zakresie bezpośredniego zaangażowania, ale nie oznacza to bezczynności. Według agencji Reuters, włoski rząd analizuje prośby krajów Zatoki Perskiej o pomoc wojskową po irańskich atakach, z możliwością wysłania systemów przeciwlotniczych SAMP/T (i ewentualnie sprzętu do zwalczania dronów), jednak bez korzystania z włoskich środków na rzecz Ukrainy. W dziedzinie energetyki Rzym wysyła sygnał o konieczności adaptacji, dywersyfikacji dostaw i amortyzowania wstrząsów, a minister energii pozostawia otwartą możliwość ponownego uruchomienia elektrowni opalanych węglem brunatnym/węglem, jeśli kryzys przerodzi się w wstrząs energetyczny.

Ogólny obraz przedstawia rząd balansujący między presją wewnętrzną a zobowiązaniami zewnętrznymi: wewnętrznie „sprzedaje” bezpieczeństwo i ochronę obywateli; na zewnątrz stara się sprawiać wrażenie użytecznej siły deeskalacji i dostawcy obrony dla swoich partnerów, nie naruszając przy tym linii euroatlantyckiej i nie wywołując podziałów wokół amerykańskich baz, które tam stacjonują, stwierdzając, że wszelkie prośby o ich wykorzystanie do operacji przeciwko Iranowi będą rozpatrywane wyłącznie wtedy, gdy zostaną złożone oficjalnie.

Moment Rubikonu

Jeśli wojna rozpoczęła się z zamiarem „prostej zmiany reżimu”, sygnał docierający do wschodniej części Morza Śródziemnego brzmi już jak wojna długotrwała, bez wyraźnego końca. Teheran gra o przetrwanie, a jego przeciwnicy o zmiany strukturalne, a czas staje się czynnikiem decydującym. W Europie nie ma wspólnej linii, a w praktyce najwyższe kierownictwo nie jest w stanie sprostać zadaniu.

Na drugim poziomie, ten brak woli politycznej pogłębia fakt, że Europa, sąsiadująca z Bliskim Wschodem, nie została skonsultowana. Nie została zaproszona, nie została skonsultowana, nie wyraziła zgody. Decyzje o operacjach zapadły w kręgach władzy, w których Europa była nieobecna – a ich rezultaty, fale niestabilności, napływ uchodźców, wstrząsy energetyczne, geopolityczne fale uderzeniowe – będą musiały, jak zawsze, nimi zarządzać jako sojusznik USA. Nie po raz pierwszy. W 2003 roku w Iraku rozegrał się ten sam scenariusz, oparty na podobnej logice: „rozwiązanie” zostało narzucone siłą, bez zgody społeczności międzynarodowej, a Europa latami płaciła cenę za destabilizację, która nastąpiła.

Atak na Iran opiera się na hegemonii twardej siły i doraźnej „chęci”, a ataki jawią się jako „rozwiązanie” o wątpliwej legitymacji – nawet w trakcie negocjacji, naruszających prawo zwyczajowe, ponieważ miały miejsce w czasie, gdy negocjacje były w toku – podważany jest nie tylko Teheran; podważana jest zasada, która chroni Ateny i Nikozję, a mianowicie samo zaufanie, które umożliwia dyplomację i działa jak tarcza przed rewizjonizmem. Ponieważ zasady prawa międzynarodowego stanowią jedyne ramy, w których małe i średnie mocarstwa mogą powoływać się na coś wykraczającego poza siłę najsilniejszych. Gdy te ramy są selektywnie naruszane, przy milczącej tolerancji tych, którzy powinni ich bronić, podważany jest nie tylko „przeciwnik”, ale sama zasada, która chroni nas wszystkich.

 

A jeśli cokolwiek z tego wyniknie, to pytanie skierowane do rozdrobnionej, samozwańczo zdecentralizowanej Europy: czy może ona zaakceptować jako nowy status quo porządek, w którym przemoc hegemoniczna jawi się jako legalna? Gdzie potężni jednostronnie decydują o zmianach reżimów w regionach nie dalej od jej granic niż Ukraina? Jeśli odpowiedź brzmi „tak” – nawet milcząc – to Europa nie tylko legitymizuje kampanię wojskową. Legitymizuje logikę. A ta logika nie kończy się na Iranie.

To nie przypadek, że te postawy mnożą się właśnie w tym momencie geopolitycznym. Ta sama logika, która pojawiła się w sprawie Grenlandii (z Danią jako członkiem NATO) – nie jako dyplomatyczna gadanina, ale jako świadomy sygnał dla sojuszników, gdzie kończą się konsultacje, a zaczyna egzekwowanie – teraz ponownie się ujawnia na innym teatrze działań, gdzie stawka jest wyższa i gdzie jest mniej miejsca na niejasności. Na razie Rubikon wciąż wydaje się być gdzieś przed nami. Ale Rubikony nigdy nie są ogłaszane; są rozpoznawane dopiero po ich przekroczeniu. A kiedy to nastąpi, nie będzie żadnego „protokołu”, na który można by się powołać.

Europa z pewnością nie może ignorować kontekstu geopolitycznego, w którym się znajdujemy, i nie zapewnić Unii bezpieczeństwa w postaci twardej siły, ale musi zainwestować w wiążące zasady korzystania z europejskiej infrastruktury, wspólne czerwone linie dla baz i czujności oraz zjednoczoną inicjatywę dyplomatyczną dla osiągnięcia celu politycznego. To nie jest anty-okcydentalizm. To szacunek dla kontynentu, który na własnej skórze doświadczył, co znaczy utrata zasad. Europa nie musi stać się przeciwnikiem; musi stać się dorosła. A to, w tym momencie, oznacza odmowę legitymizacji czegokolwiek, co jutro obróci się przeciwko niej.

Kształt rozmowy

Czy masz coś do dodania do tej historii? Jakieś pomysły na wywiady lub kąty, które powinniśmy zbadać? Daj nam znać, jeśli chcesz napisać kontynuację, kontrapunkt lub podzielić się podobną historią.