Nagłe aresztowanie i przekazanie Nicolása Maduro Stanom Zjednoczonym po amerykańskiej operacji wojskowej w Caracas nie było niczym grom z jasnego nieba, ale otworzyło nowy, nieznany rozdział dla Wenezueli i porządku międzynarodowego. Waszyngton mówi o „udanej operacji”, Europa o „poszanowaniu prawa międzynarodowego”, podczas gdy pytanie o dalsze losy pozostaje otwarte. Operacja o kryptonimie „Absolutne Postanowienie” miała miejsce w sobotę wczesnym rankiem i doprowadziła do aresztowania Maduro i jego żony, Cilii Flores, z ufortyfikowanego kompleksu, w którym przebywali w Caracas. Według USA oboje przebywają obecnie w nowojorskim więzieniu pod zarzutem narkoterroryzmu i handlu narkotykami. Podczas poniedziałkowego przesłuchania w sądzie federalnym na Manhattanie Nicolás Maduro i Cilia Flores nie przyznali się do zarzutów postawionych im przez USA, co sprawiło, że nalot na Caracas stał się z dnia na dzień dramatem sądowym w Nowym Jorku. Przesłuchanie było krótkie, ale sygnał geopolityczny był donośny: to nie tylko operacja bezpieczeństwa, ale także roszczenie jurysdykcyjne nad zagranicznym przywódcą. Jednocześnie Rada Bezpieczeństwa ONZ zwołała nadzwyczajne posiedzenie, na którym wiele państw potępiło działania USA, a ONZ zaapelowała o precedens i poszanowanie prawa międzynarodowego. To punkt kolizyjny, którego Europa stara się unikać: prawo przywoływane jako hasło, podczas gdy siła zmienia fakty na miejscu.

Operacja była wynikiem długotrwałego i wielopoziomowego gromadzenia informacji wywiadowczych. Jak poinformowano podczas publicznego wydarzenia zorganizowanego przez organizację, agencje amerykańskie stworzyły szczegółowy „schemat życia” Maduro – od jego codziennych przemieszczania się po miejsca zamieszkania – korzystając z zasobów ludzkich, analityków i jednostek operacyjnych. Jak zauważyło CSIS, cybernetyczny wymiar operacji również odegrał decydującą rolę. Waszyngton przyznał, że podczas inwazji części Caracas „pogrążone były w ciemności”, z możliwymi przerwami w dostawie prądu i dostępie do internetu, aby zapobiec wyciekom informacji i zapewnić przewagę operacyjną.

Strefy wpływów „Donrow”

Akcja militarna USA w Wenezueli została przedstawiona przez samego prezydenta Trumpa jako aktualizacja XIX-wiecznej doktryny Monroe’a. „Doktryna Monroe’a to wspaniała rzecz, ale teraz posunęliśmy się o wiele dalej, nazywają ją »doktryną Dönowa«” – powiedział Trump, żartobliwie dodając pierwszą literę swojego nazwiska do tej historycznej doktryny. W praktyce Trump zinterpretował doktrynę jako prawo Stanów Zjednoczonych do narzucania swojego prymatu na półkuli zachodniej: „Amerykańska dominacja na półkuli zachodniej nigdy więcej nie będzie kwestionowana” – podkreślił, wysyłając jasny sygnał, że Ameryka Łacińska pozostaje „podwórkiem” Waszyngtonu.

Oryginalna doktryna Monroe'a (1823) głosiła dokładnie to: ostrzeżenie dla mocarstw europejskich, aby nie ingerowały w sprawy kontynentu amerykańskiego, definiując Amerykę Łacińską jako wyłączną strefę wpływów Stanów Zjednoczonych. Piąty prezydent, James Monroe, jasno dał do zrozumienia, że ​​każda europejska interwencja w regionie będzie uznana za atak na Stany Zjednoczone. Sto lat później Theodore Roosevelt dodał niesławny „wniosek Roosevelta”, który powoływał się na prawo Ameryki do aktywnej interwencji w krajach Ameryki Łacińskiej, rzekomo w celu zapobieżenia interwencji europejskiej – ale w istocie w celu umocnienia amerykańskiej hegemonii.

Donald Trump poszedł o krok dalej, inaugurując to, co niektórzy analitycy nazwali „Trumpowskim Wniosek” do Doktryny Monroe. Zgodnie z nową Strategią Bezpieczeństwa Narodowego USA, „przywrócenie amerykańskiej supremacji na półkuli zachodniej” zostało otwarcie ogłoszone jako cel. Administracja Trumpa traktuje półkulę zachodnią jako obszar legalnych działań USA, niezależnie od prawa międzynarodowego, wyraźnie przyjmując logikę stref wpływów: tym, czym Europa Wschodnia była dla Rosji lub Morze Południowochińskie dla Chin, jest teraz Ameryka Łacińska dla Stanów Zjednoczonych. To „prawo” jest teraz bezpośrednio przywoływane przez wysoko postawionych urzędników amerykańskich – w szczególności sekretarz stanu USA Marco Rubio uzasadnił operację w Wenezueli po fakcie jako rzekomą operację antynarkotykową i podkreślił, że zachodnia strefa kontynentalna jest legalnym polem działań dla Waszyngtonu, ignorując zasady prawa międzynarodowego. Jest to jaskrawe potwierdzenie „doktryny Monroe” w XXI wieku, w którym główne mocarstwa dzielą świat na „strefy wpływów”, w których nie ma miejsca na rywali ani niezależne działania.

Nieprzypadkowo ta nowa „doktryna Dontrowa” (jak żartobliwie nazywał ją Trump) jest również motywowana obawami przed chińską penetracją regionu. Jak zauważył „Guardian”, działania Trumpa w Ameryce Łacińskiej odzwierciedlają obawy Waszyngtonu dotyczące rosnącej roli Chin – i są częścią szerszej obietnicy jego administracji, że „Stany Zjednoczone potwierdzą i wyegzekwują doktrynę Monroe’a, aby przywrócić amerykańską supremację”. Mówiąc wprost, Trump postrzega siebie jako osobę „modernizującą” doktrynę z 1823 roku, postulującą amerykańską „strefę imperialną”, która jest równa – w jego oczach (krótki komentarz: Trump rządzi krajem z najsilniejszą gospodarką i najsilniejszą armią na świecie, opierając się na własnej estetyce. Jeden z najgorszych błędów ortograficznych w historii ludzkości…) – tym, które uważa za będące w posiadaniu innych mocarstw (np. strefy wpływów Putina lub Xi). Ostatecznie nie zależy mu na wzmacnianiu chińskich i rosyjskich stref wpływów, pod warunkiem, że zapewni Ameryce odpowiedni „dworek”.

Energia surowa (i ropa naftowa)

Za retoryką o powrocie demokracji (sic!) do Wenezueli kryje się brutalna rzeczywistość, a interwencja USA była podyktowana przede wszystkim celami geostrategicznymi i ekonomicznymi, a priorytetem był ogromny potencjał naftowy Wenezueli. Kraj dysponuje około 303 miliardami baryłek potwierdzonych rezerw, największymi na świecie. Oczywiście, za rządów Maduro produkcja załamała się (mniej niż milion baryłek dziennie, czyli jedna trzecia tego, co było 10 lat temu) z powodu złego zarządzania, infrastruktury i sankcji. Jednak ta „kopalnia złota” – jak określiła ją pewna amerykańska kongresmenka – nie pozostawiła obojętnymi firm naftowych i planistów strategicznych w USA. Czy ropa była prawdziwym celem Trumpa? Wielu w to wierzy i otwarcie o tym mówi . Rząd Wenezueli wprost oskarżył Stany Zjednoczone o dążenie do przejęcia kontroli nad ogromnymi rezerwami ropy naftowej kraju – i rzeczywiście, energetyczny wymiar tych wydarzeń jest niezaprzeczalny. Działania Waszyngtonu bezpośrednio po aresztowaniu Maduro to potwierdzają. Trump ogłosił gigantyczną umowę o wartości 2 miliardów dolarów na przekierowanie wenezuelskiej ropy do Stanów Zjednoczonych, z dostawami przeznaczonymi dla Chin. Oświadczył konkretnie, że nowy (tymczasowy) rząd Wenezueli „dostarczy” od 30 do 50 milionów baryłek ropy naftowej do Stanów Zjednoczonych, a wpływy z tego tytułu będą kontrolowane osobiście przez samego Trumpa, aby „zapewnić ich wykorzystanie dla dobra narodu Wenezueli i Stanów Zjednoczonych”.

Plan USA przewiduje, że ropa ta będzie sprzedawana przez USA na rynkach międzynarodowych, a pieniądze trafią na konto kontrolowane przez Waszyngton. Nie wyjaśniono nawet, czy Wenezuela będzie miała dostęp do tych wpływów, biorąc pod uwagę, że sankcje umieściły państwową firmę PDVSA poza globalnym systemem finansowym. Trudno wyobrazić sobie bardziej dobitne potwierdzenie „łupów” wojennych. „Będziemy zarządzać krajem, dopóki nie będziemy w stanie dokonać bezpiecznej, właściwej i ostrożnej transformacji” – powiedział Trump , dodając w biznesowym tonie, że Wenezuela ma „miliardy dolarów przychodów z ropy naftowej”, które zostaną przeznaczone na jej odbudowę. Nic więc dziwnego, że światowe ceny ropy naftowej spadły o 1,5% bezpośrednio po ogłoszeniu, ponieważ rynki spodziewają się wzrostu eksportu wenezuelskiej ropy do USA. Amerykańska firma Chevron (jedyna firma działająca w Wenezueli ze specjalną licencją, obejmującą ~20% produkcji) już zwiększa produkcję, a nowy sekretarz energii USA, Chris Wright, przejął operacyjne wdrażanie umowy eksportowej. Sam Trump spotkał się z kadrą kierowniczą gigantów naftowych zaledwie kilka dni po interwencji, jasno dając do zrozumienia, że ​​dąży do „otwarcia” wenezuelskiego przemysłu naftowego dla amerykańskich firm. Sekretarz stanu Rubio zagroził wręcz „kwarantanną ropy naftowej”, jeśli nowe władze w Caracas nie zastosują się w pełni do decyzji, dając USA kontrolę nad przepływem wenezuelskiej ropy naftowej.

Rywale poza grą: Chiny, Kuba, Iran i czynnik turecki

Drugą ważną osią jest rywalizacja geopolityczna z Chinami (i Iranem). Wenezuela Maduro od lat zwracała się ku Pekinowi, Moskwie i Teheranowi, tworząc „antyamerykański” blok współpracy. Chiny stały się największym odbiorcą ropy naftowej dla Wenezueli w ostatniej dekadzie, zwłaszcza po sankcjach USA z lat 2019-20. Rosja również udzielała pożyczek, sprzętu wojskowego i wsparcia. Iran wysyłał konwoje tankowców z benzyną i zaopatrzeniem, aby przełamać embargo. Dodatkowym utrudnieniem w tym „antyamerykańskim bloku” jest Turcja. Erdoğan był jednym z najbardziej widocznych zewnętrznych sponsorów Maduro podczas kryzysu w 2019 roku, a powiązania gospodarcze Ankary pomogły Caracas przetrwać sankcje. Po nalocie pojawiło się nowe oskarżenie: senator USA Lindsey Graham zasugerował, że Maduro „mógłby dziś być w Turcji” , sugerując, że Trump zaproponował mu pozłacane wygnanie w Turcji przed operacją – relacja ta została również podana przez źródła w rozmowach o okresie przejściowym. Erdoğan publicznie zaprzeczył otrzymaniu jakiejkolwiek takiej propozycji, ale epizod ten ma znaczenie, nawet jeśli jest kwestionowany: pokazuje, że Waszyngton traktuje państwa trzecie nie jako neutralnych aktorów, ale jako miejsca do kontrolowanych ucieczek, podczas gdy zmiana reżimu jest już zaplanowana”. Wreszcie, Kuba miała (i nadal ma) tysiące doradców i personelu wojskowego w Wenezueli, wspierających reżim. Wszystkie te siły znalazły się na celowniku nowej polityki USA.

To nie przypadek, że podczas nocnego nalotu mającego na celu aresztowanie Maduro zginęły dziesiątki kubańskich urzędników przebywających w kraju (Hawana ogłosiła śmierć 32 członków swoich sił zbrojnych), co dowodzi, że Waszyngton również bezpośrednio celował w zaangażowanie Kuby. Zaraz potem Trump zażądał, aby tymczasowa prezydent Wenezueli, Delsy Rodríguez, wydaliła z kraju wszystkich chińskich, rosyjskich, irańskich i kubańskich agentów i doradców – ostrzegając, że jeśli nie zastosuje się do tego żądania, nastąpi „druga operacja wojskowa”. Jest to w istocie „oczyszczenie” amerykańskiego podwórka z wszelkich rywalizujących zagranicznych graczy.

Nowa Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA stwierdza wprost: celem jest „zapobieżenie posiadaniu lub kontrolowaniu strategicznie ważnych aktywów na naszej półkuli przez konkurentów spoza półkuli” – jasno deklarując intencję niedopuszczenia do przejęcia przez Chiny, Rosję (lub inne kraje) zasobów i infrastruktury Ameryki Łacińskiej. Nawet konserwatywni komentatorzy przyznają, że wykracza to poza politykę antychińską i konflikty z interesami europejskimi. Nie jest tajemnicą, że europejskie firmy i kraje również mają istotne interesy w Ameryce Łacińskiej (od umów handlowych, takich jak UE-Mercosur, po inwestycje i projekty energetyczne). „Jednostronne grabieże” Wenezueli przez USA budzą zatem w Europie obawy, że Waszyngton będzie teraz działał bezlitośnie, nawet wbrew stanowisku Europy. Reakcje Chin były wściekłe: Pekin oskarżył USA o „typowe akty zastraszania” i „bezczelne użycie siły” w celu narzucenia zasady „America First” w kwestii dysponowania zasobami innego kraju.

Jaka szkoda… Prawo międzynarodowe jako hasło

Na szczeblu europejskim, a konkretnie Wysoka Przedstawiciel UE do Spraw Zagranicznych, Kaja Kallas, wezwała do „spokoju i powściągliwości” i podkreśliła, że ​​„w każdych okolicznościach należy przestrzegać zasad prawa międzynarodowego i Karty Narodów Zjednoczonych”. Oświadczenie przyjęło 26 z 27 państw członkowskich, z wyjątkiem Węgier . Najbardziej instytucjonalnie jasnym wyrazem europejskiego stanowiska było oficjalne oświadczenie Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych. W oświadczeniu z 4 stycznia, popartym przez 26 państw członkowskich, Unia Europejska apeluje o „spokój i powściągliwość wszystkich zaangażowanych stron”, podkreślając, że „w każdych okolicznościach należy przestrzegać zasad prawa międzynarodowego i Karty Narodów Zjednoczonych”, ze szczególnym uwzględnieniem zwiększonej odpowiedzialności stałych członków Rady Bezpieczeństwa. Chociaż wielokrotnie powtarza się, że Nicolás Maduro nie ma legitymacji demokratycznej, UE nalega, aby jedynie pokojowa, demokratyczna i kontrolowana przez Wenezuelę transformacja mogła zostać uznana za wykonalną. Jednocześnie Unia uznaje wagę walki z przestępczością zorganizowaną i handlem narkotykami, ale podkreśla, że ​​kwestie te muszą być rozwiązywane wyłącznie w ramach współpracy międzynarodowej i z pełnym poszanowaniem suwerenności i integralności terytorialnej. W tym samym kontekście UE wzywa do natychmiastowego uwolnienia wszystkich więźniów politycznych i oświadcza, że ​​pozostaje w stałym kontakcie ze Stanami Zjednoczonymi i partnerami regionalnymi w celu promowania rozwiązania w drodze negocjacji.

Jednak poza wspólną linią, stolice europejskie wydawały się podzielone. Hiszpania i Norwegia wyraziły wyraźniejsze zastrzeżenia co do zasadności interwencji USA, podczas gdy inni przywódcy skupili się wyłącznie na „następnym dniu” i transformacji demokratycznej, unikając bezpośrednich odniesień do użycia siły. Kanclerz Niemiec Friedrich Merz, z zawodu prawnik, starannie unikał potępienia ataku na suwerenne państwo, stwierdzając, że status prawny interwencji jest „skomplikowany” i że Berlin go bada, jednocześnie wyrażając zadowolenie z „porwania” Maduro, którego oskarżył o korupcję, oszustwa wyborcze i udział w handlu narkotykami. Emmanuel Macron początkowo otwarcie popierał amerykańskie przedsięwzięcie, stwierdzając, że „naród wenezuelski ma powód do radości”, ale później się z tego wycofał, mówiąc, że Francja „nie popierała ani nie aprobowała tej metody”, ale zażądał, aby uznać wydarzenie za fakt dokonany i przekazać władzę opozycji (a konkretnie politykowi na wygnaniu, który poniósł porażkę w wyborach w 2024 r.).

Premier Włoch Giorgia Meloni, choć ideologicznie bliska Trumpowi, mruknęła, że ​​„zagraniczne działania militarne nie są właściwym sposobem na położenie kresu reżimom totalitarnym”, ale niemal natychmiast uzasadniła działania amerykańskie, mówiąc o „interwencji obronnej” przeciwko zagrożeniom hybrydowym, takim jak handel narkotykami, sugerując, że jest ona uzasadniona. Brytyjski premier Sir Keir Starmer z kolei również z zadowoleniem przyjął koniec rządów „nielegalnego prezydenta Maduro”, w pełni zgadzając się z linią Waszyngtonu. Narastająca hipokryzja ze strony Europejczyków jest oczywista. Jak trafnie zauważono, mocarstwa europejskie „im głośniej powołują się na prawo międzynarodowe, tym bardziej otwarcie je łamią” – powołują się na nie, gdy im to odpowiada (np. w wojnie z Rosją lub w konfrontacji z Chinami), a zapominają o nim, gdy im to przeszkadza (np. w ludobójstwie w Strefie Gazy, uduszeniu gospodarczym Iranu czy pojmaniu Maduro).

Hipokryzja Europejczyków jest ewidentna. Jak trafnie zauważono, mocarstwa europejskie „im głośniej powołują się na prawo międzynarodowe, tym otwarciej je łamią” – powołują się na nie, gdy im to odpowiada (np. w wojnie z Rosją lub w konfrontacji z Chinami), a zapominają o nim, gdy im to przeszkadza (np. w ludobójstwie w Strefie Gazy, uduszeniu gospodarczym Iranu czy schwytaniu Maduro). Ta schizofrenia, jak ją opisano, wskazuje na dylemat, w jakim się znajdują. Europa nie jest w stanie lub nie chce otwarcie skonfrontować się z Trumpem: zależy jej na USA, by kontynuować wojnę na Ukrainie, i obawia się utraty amerykańskiego poparcia w przypadku konfliktu z Białym Domem. W ten sposób pozostaje w ukryciu milcząca, w najlepszym razie wygłaszając niejasne apele o „spokój” i „szacunek dla władz” – w istocie legitymizując jednak fakt dokonany.

W szczególności Grecja znalazła się w kłopotliwej sytuacji. Rząd grecki, który na arenie międzynarodowej prezentuje się jako zagorzały obrońca prawa międzynarodowego (zwłaszcza w kwestiach takich jak naruszenia przez Turcję praw na Morzu Egejskim), w tym przypadku ograniczył się do dostosowania się do europejskiej „linii” – czyli do postawy wyczekującej. Ateny poparły oświadczenie UE (zatwierdzone przez wszystkie państwa członkowskie z wyjątkiem Węgier), które, jak widzieliśmy, dyskretnie z zadowoleniem przyjęło usunięcie Maduro i unikało jakiejkolwiek krytyki pod adresem USA. Oficjalnie Grecja nie potępiła zatem naruszenia suwerenności narodowej Wenezueli ani nie uznała wprost działań Trumpa za nielegalne. Zamiast tego, w oświadczeniu dla europarlamentu, potwierdziła, że ​​uważa Maduro za „nielegalnie wybranego” i pragnie „pokojowego przejścia” do demokracji. Innymi słowy, Grecja po cichu cieszyła się ze zmiany reżimu, nawet jeśli miała zastrzeżenia co do metody. Stanowi to rażącą sprzeczność z deklarowanym stanowiskiem Aten, że „prawo międzynarodowe ma pierwszeństwo”.

Ale kiedy supermocarstwo łamie prawo międzynarodowe, grecki rząd przymyka na to oko. Nie pozostało to niezauważone w kraju: greccy sędziowie wydali bezprecedensowe oświadczenie, bijąc na alarm w sprawie całkowitej relatywizacji prawa międzynarodowego po interwencji w Wenezueli. Sędziowie mówią wprost o „naruszeniu prawa międzynarodowego” i „panowaniu cynizmu politycznego oraz prawa najsilniejszych militarnie”, ostrzegając, że ta percepcja, jeśli się zakorzeni, będzie miała dramatyczne konsekwencje na szczeblu międzynarodowym i krajowym. Przesłanie dla greckiego rządu było jasne: nie możemy stosować podwójnych standardów w obronie legalności. Niemniej jednak, oficjalne Ateny postanowiły zachować milczenie.

Donald Trump powiedział, że Stany Zjednoczone będą „tymczasowo administrować” Wenezuelą do czasu ustanowienia „bezpiecznej i właściwej transformacji”, bez ustalania harmonogramu ani zobowiązywania się do wyborów. Jednocześnie wykluczył możliwość , aby liderka opozycji Maria Corina Machado kierowała okresem przejściowym. W Wenezueli, de facto, władza wydaje się być w rękach Delcy Rodríguez, byłej wiceprezydent Maduro. Jednak według analityków CSIS, rzeczywisty układ sił zależy od stanowiska armii, Gwardii Narodowej i uzbrojonych colectivos, które zostały już rozmieszczone w Caracas w celu zapobiegania demonstracjom.

Letnia reakcja UE jest jedynie milczącą akceptacją nowego porządku surowego mocarstwa, gdzie prawo międzynarodowe jest mantrą. To letnie stanowisko podważa wiarygodność Unii jako obrońcy prawa międzynarodowego. Europa zdaje się akceptować fakt dokonany, próbując znaleźć równowagę między strachem przed presją ze strony Ameryki a retoryką dotyczącą zasad – postawą, która odzwierciedla ogólny sposób zarządzania drugą kadencją Trumpa.

Poza bezpośrednimi, praktycznymi interesami, interwencja USA w Wenezueli jawi się jako historyczny moment uznania głębszej zmiany ideologicznej w polityce globalnej. W ostatnich latach, szczególnie za rządów Donalda Trumpa, byliśmy świadkami rozpadu pretekstów tzw. „liberalnego interwencjonizmu”, czyli praktyki, w ramach której główne mocarstwa (głównie Stany Zjednoczone w okresie powojennym) uzasadniały interwencje powołując się na rzekomo liberalne wartości, takie jak promowanie demokracji, ochrona praw człowieka czy zapobieganie tragediom humanitarnym. Oczywiście, często były to preteksty i wymówki, ale nadal stanowiły moralną osłonę dla działań państw zachodnich – i tym samym podtrzymywały wiarę (lub iluzję) w określone zasady międzynarodowe. Teraz te preteksty są całkowicie porzucane.

Sam Trump nie jest znany z tego, że bierze za dobrą monetę takie koncepcje jak „demokracja” czy „prawa człowieka” – wręcz przeciwnie, bez strachu sprzymierza się z dyktatorami (chwali Nayiba Bukele z Salwadoru jako „najfajniejszego dyktatora”, wspiera skrajnie prawicowy reżim Milei w Argentynie w zamian za przysługi, legitymizuje ludobójczego Netanjahu itd.). W przypadku Wenezueli retoryka „na rzecz demokracji” była tak płytka, że ​​w mgnieniu oka upadła. Trump otwarcie deklaruje, że Stany Zjednoczone będą rządzić krajem do czasu transformacji, podczas gdy jego wiceprezydent, JD Vance, ogłasza w swoich przemówieniach, że „wolność” i „demokracja” to koncepcje, które Waszyngton teraz redefiniuje zgodnie ze swoimi interesami. To cyniczna gra słów: słowa takie jak „wolność”, „prawa” i „pokój” są wykorzystywane przez Waszyngton i innych globalnych graczy, pozbawione ich pierwotnego znaczenia.

Rezultatem jest nic innego jak porządek świata, który niebezpiecznie skłania się ku modelowi „brutalnej siły”, gdzie hasło „siła ma rację” jest teraz otwarcie słyszane. Trump jest przykładem świata, w którym siła stanowi prawo – i wręcz „dominuje” w tym kierunku. Ta legitymizacja cynizmu i autorytaryzmu na arenie międzynarodowej jest prawdopodobnie najpoważniejszą konsekwencją afery wenezuelskiej. Bo jeśli regułą stanie się „potęga robi, co chce”, to kto powstrzyma inne mocarstwa przed zrobieniem tego samego jutro? Rosja już próbowała to zrobić na Ukrainie – i teraz widzi, jak Stany Zjednoczone odpowiadają w ten sam sposób w jej własnym „sąsiedztwie”.

Zmiana ideologiczna jest oczywista: powojenna „norma” nawet powierzchownego przestrzegania porządku opartego na regułach ustępuje miejsca nowej rzeczywistości brutalnej Realpolitik. Na początku drugiej kadencji Trumpa przesłanie jest jasne: Ameryka Trumpa nie jest związana powojennymi „szlachetnymi pretekstami” dotyczącymi zasad międzynarodowych, będzie interweniować według własnego uznania na swoim „podwórku” – a być może i gdzie indziej. Rażące naruszenie suwerenności dużego państwa Ameryki Południowej wysyła ponury sygnał reszcie świata.

Jesteśmy zobowiązani stawić czoła tej prawdzie, a mianowicie, że jesteśmy świadkami moralnego upadku porządku świata, w którym porzucane są nawet dawne pozory „sprawiedliwości”. To ześlizgiwanie się w stronę „prawa silniejszego” niesie ze sobą ogromne ryzyko; wrażenie, że jedynym obowiązującym prawem jest prawo silniejszego, może nieodwracalnie zakorzenić się na arenie międzynarodowej. Już widzimy konsekwencje: Europa zaczyna otwarcie dyskutować o remilitaryzacji i „autonomii”, aby „nie być zdanym na łaskę” innych, a niemieccy komentatorzy wzywają do remilitaryzacji Niemiec i UE, ponieważ w świecie, w którym siła stanowi prawo, Europa musi się uzbroić. Innymi słowy, „odpowiedź”, o której wielu dyskutuje, to nie powrót do zasad, lecz zejście w nową walkę o władzę. To niebezpieczna spirala eskalacji – mroczniejszy, bardziej niestabilny świat, w którym mali gracze zostaną zmiażdżeni przez gigantów łamiących wszelkie zasady.

Interwencja USA w Wenezueli pod rządami Trumpa w 2026 roku to negatywny kamień milowy i nawet ci, którzy nie będą płakać nad losem reżimu Maduro, powinni być głęboko zaniepokojeni sposobem, w jaki to osiągnięto. Nikt nie wygrywa bowiem w świecie, w którym potężni robią, co chcą, a reszta po prostu wzrusza ramionami. Nie możemy ignorować faktu, że stanowi to naprawdę niebezpieczny precedens: legitymizuje praktykę „porwania” przywódców i gwałtownej zmiany reżimów bez międzynarodowego mandatu. Kto powie jutro innemu mocarstwu, że „nie wolno” mu robić tego samego? I na ile będzie to wiarygodne?

Przypadek Wenezueli ukazuje również ograniczenia i sprzeczności Zachodu. Europejskie demokracje nie sprostały zadaniu, poświęcając zasady na ołtarzu jeszcze bardziej obrzydliwej Realpolitik. Wysyła to zły sygnał reszcie świata – zwłaszcza tzw. Globalnemu Południu, gdzie już panuje nieufność wobec zachodnich deklaracji dotyczących „zasad”. Wiarygodność Europy ulega erozji, gdy zdaje się ona stosować prawo międzynarodowe à la carte. Jeśli UE przymyka oko, gdy jej to odpowiada (jak robi to obecnie), jak przekona inne kraje do pójścia w jej ślady w innych przypadkach (np. wspierając Ukrainę lub utrzymując sankcje)? Taka postawa podważa interesy samej Europy w dłuższej perspektywie.

Wreszcie, ta sprawa wzywa nas wszystkich do wzięcia odpowiedzialności – jako obywateli i jako społeczeństwa, które wierzą w demokrację, prawa i rządy prawa. Musimy patrzeć na interwencję w Wenezueli nie przez różowe okulary propagandy, ale takim, jakim jest: pokazem siły, który depcze zasady i wartości moralne. I musimy o tym mówić głośno. Musimy domagać się konsekwencji i poszanowania zasad od naszych przywódców – i nie dać się wciągnąć w nowy, mroczny świat „nikczemnego autorytaryzmu”, w którym prawo silniejszego staje się nową normą. Głosy krytyki są potrzebne bardziej niż kiedykolwiek. Bo jeśli będziemy milczeć w obliczu takich wydarzeń, jutro nikt nie będzie bezpieczny przed kolejną „potężną” postacią, która postanowi zmienić zasady. Przypadek Wenezueli to sygnał ostrzegawczy – i nie możemy go ignorować. Historia pokazuje nam, że kiedy kończą się pozory, rozpoczyna się niebezpieczna era. I niestety, teraz znajdujemy się właśnie w tym punkcie zwrotnym. Naszym obowiązkiem jest to podkreślić i zająć się tym z uczciwością i determinacją. Zasady legitymacji międzynarodowej albo będą dotyczyć wszystkich, albo nikogo – i trudno jest napisać coś więcej niż truizm, który powoli przestaje być prawdą.

Kształt rozmowy

Czy masz coś do dodania do tej historii? Jakieś pomysły na wywiady lub kąty, które powinniśmy zbadać? Daj nam znać, jeśli chcesz napisać kontynuację, kontrapunkt lub podzielić się podobną historią.