W latach 70. XX wieku były sekretarz stanu USA Henry Kissinger zadał pytanie: „Do kogo mam zadzwonić, gdy chcę skontaktować się z Europą?”. Pytanie to znów wydaje się aktualne kilkadziesiąt lat później, gdy Unia Europejska zmaga się z udzieleniem spójnej odpowiedzi na rosnące napięcia na Bliskim Wschodzie.

Rozwijający się konflikt między Izraelem, Stanami Zjednoczonymi i Iranem leży u podstaw obecnego napięcia geopolitycznego. Ten niestabilny trójkąt po raz kolejny ujawnił „lukę między możliwościami a oczekiwaniami” w ramach europejskiej polityki zagranicznej.

Państwa członkowskie nadal działają w rozbieżny sposób, pomimo celu Unii Europejskiej, jakim jest funkcjonowanie jako zjednoczona siła geopolityczna. Niektóre rządy są bardziej otwarte na strategiczne sojusze z Waszyngtonem, podczas gdy inne zachęcają do działań dyplomatycznych.

Kampania nacisków Waszyngtonu

Donald Trump nasilił apele o to, by Europa odgrywała bardziej wpływową rolę w sprawach międzynarodowych. Rząd USA wezwał swoich sojuszników w Europie do podjęcia zdecydowanych działań militarnych. W tym kontekście Cieśnina Ormuz stała się krytycznym przypadkiem, a Waszyngton zażądał rozmieszczenia europejskich sił morskich w celu ochrony żeglugi morskiej. W wywiadzie , który ukazał się 16 marca, wypowiedzi Donalda Trumpa niosą ze sobą ostrzegawczy ton: sposób, w jaki zareagują na apele Waszyngtonu o wsparcie, może znacząco wpłynąć na przyszłość sojuszu NATO. Powiedział: „Brak reakcji lub reakcja negatywna będzie bardzo szkodliwa dla przyszłości NATO”.

Rozdrobniony głos europejski

Również 16 marca, na posiedzeniu Rady do Spraw Zagranicznych w Brukseli, Kaja Kallas wygłosiła przemówienie, w którym wyraziła obawę o ewentualną zmianę w geopolitycznej postawie Unii Europejskiej. Co najbardziej uderzające, ujęła trwający konflikt w języku podkreślającym dystans, nazywając go „wojną nie dla Europy”. Następnie, zarówno Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, jak i Antonio Costa, przewodniczący Rady Europejskiej, wyrazili poważne obawy związane z sytuacją i wezwali do podjęcia rozwiązań dyplomatycznych oraz poszanowania prawa międzynarodowego w celu deeskalacji. Potępili również niedopuszczalne ataki Iranu i wskazali na negatywne skutki gospodarcze, jakie ta wojna prawdopodobnie przyniesie Europie .

Kraje takie jak Niemcy, Hiszpania i w pewnym stopniu Włochy odmówiły już udziału w jakiejkolwiek natychmiastowej misji wojskowej w Zatoce Perskiej.

Niemcy dystansują się od USA: zmiana kursu w sprawie wojny w Iranie

Rząd niemiecki faktycznie zmienił swoje podejście do USA. Do początku wojny w Iranie Friedrich Merz i jego współpracownicy byli często krytykowani za zbytnią pobłażliwość i wyrozumiałość wobec decyzji i oświadczeń prezydenta Donalda Trumpa. Na przykład, podczas spotkania w Gabinecie Owalnym 3 marca, gdy Donald Trump atakował Hiszpanię za odmowę współpracy wojskowej w wojnie w Iranie, kanclerz Niemiec milczał, zamiast bronić swojego sojusznika z UE. Jednak w ostatnich tygodniach coś się zmieniło. 16 marca rzecznik rządu Stefan Kornelius oświadczył , że „rząd się nie zaangażuje” i dodał, że „ta wojna nie ma nic wspólnego z NATO”, odrzucając tym samym amerykańską propozycję zaangażowania wojskowego w Cieśninie Ormuz. To samo stanowisko potwierdził minister obrony Boris Pistorius, który wyraził potrzebę rozwiązań dyplomatycznych, a nie „dodatkowych okrętów wojennych, które nie przyczynią się do zakończenia wojny”. Następnie dodał , że „stanowisko Niemiec zawsze było takie, że zasadniczo zgadzamy się ze zmianą sytuacji politycznej w Iranie, aby ułatwić pokojowe rozwiązanie dla regionu”, ale poruszył kwestię strategii USA i Izraela w zakresie osiągnięcia tego celu, podobnie jak Friedrich Merz oświadczył już 10 marca.

Włochy starają się zachować równowagę między Brukselą a Waszyngtonem

Jeśli chodzi o Włochy, stanowisko rządu jest nadal niejasne i niejednoznaczne. 5 marca Antonio Tajani, minister spraw zagranicznych, i Guido Crosetto, minister obrony, wygłosili przemówienie w parlamencie włoskim, w którym obaj oświadczyli, że „Włochy nie są i nie będą w stanie wojny” i zarzucili, że ataki USA i Izraela na Iran są sprzeczne z prawem międzynarodowym.

Potwierdzili jednak, że Włochy udzielą pomocy wojskowej krajom Zatoki Perskiej, w szczególności Cyprowi, „nie tylko dlatego, że są naszymi sojusznikami, ale przede wszystkim ze względu na tysiące włoskich obywateli i żołnierzy, którzy tam mieszkają i których mamy obowiązek chronić” – oświadczył Antonio Tajani.

Podczas tej samej sesji parlamentarnej przyjęto rezolucję „zobowiązującą rząd do udziału, przy wykorzystaniu zasobów narodowych, we wspólnym wysiłku w ramach Unii Europejskiej na rzecz wsparcia państw członkowskich UE w obronie ich terytoriów przed irańskimi atakami rakietowymi lub dronami”. Tydzień później, 11 marca, premier Giorgia Meloni potwierdziła w Parlamencie to, co wcześniej mówili jej koledzy, ale unikała zbytniego ujawniania tej kwestii. Z jednej strony potępiła bombardowanie irańskiej szkoły podstawowej w Mineb, które spowodowało około 175 ofiar – większość z nich to dzieci – i wezwała do wyjaśnień dotyczących odpowiedzialności za ten incydent. Z drugiej strony stwierdziła, że ​​amerykańskie i izraelskie ataki na Iran miały miejsce w momencie słabości prawa międzynarodowego, ale bez stanowczej krytyki ich działań. Wręcz przeciwnie, później powiedziała, że ​​ta wojna nie rozpoczęła się 28 lutego, ale 7 października 2023 r., ponieważ Iran wsparł atak Hamasu w Izraelu.

To podejście jest spójne z najnowszymi decyzjami włoskiego rządu, a w szczególności Meloni, która stara się wyróżnić jako postać mogąca wypełnić lukę między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi, w okresie, gdy ich relacje nigdy nie były tak napięte. Dlatego chce ona działać na rzecz interesów Unii Europejskiej, ale jednocześnie jest ostrożna w dezaprobacie Donalda Trumpa, starając się nie stracić swoich przywilejów.

Strategiczny dystans Hiszpanii: długa historia sprzeciwu wobec polityki USA

Hiszpania od samego początku prezentowała zdecydowane stanowisko, stając się jednym z czołowych głosów sprzeciwiających się eskalacji konfliktu z Iranem w Europie. 16 marca minister obrony Hiszpanii, Margarita Robles, zaapelowała do Organizacji Narodów Zjednoczonych o zagwarantowanie bezpieczeństwa sił pokojowych w Libanie.

Premier Hiszpanii Pedro Sánchez nawiązał do historycznego kontekstu, uzasadniając swój sprzeciw wobec USA, ostrzegając przed długoterminowymi konsekwencjami interwencji pod przewodnictwem USA. Odnosząc się do Iraku, argumentował , że to, co przedstawiano jako misję wprowadzenia demokracji i bezpieczeństwa, w rzeczywistości wywołało „drastyczny wzrost terroryzmu dżihadystów, poważny kryzys migracyjny oraz rosnące koszty energii i utrzymania”.

Chłód Hiszpanii wobec Stanów Zjednoczonych ma długą historię. Pierwsza rana miała miejsce w 1898 roku, kiedy Hiszpania straciła Kubę, Portoryko i Filipiny w wojnie ze Stanami Zjednoczonymi. Klęska ta do dziś pozostaje w historii Hiszpanii traumą narodową.

Później, po hiszpańskiej wojnie domowej, Waszyngton objął władzę nad dyktatorem Francisco Franco, zwłaszcza poprzez Pakt Madrycki z 1953 roku, który przyznał amerykańskim bazom wojskowym w Hiszpanii i zapewnił Franco międzynarodową legitymację bez konieczności przeprowadzania reform demokratycznych. Dla wielu Hiszpanów, zwłaszcza tych o poglądach lewicowych, Stany Zjednoczone nie były siłą, która pomogła wyzwolić Hiszpanię spod dyktatury, lecz siłą, która przyczyniła się do jej stabilizacji.

Potem pojawił się Irak. Hiszpania była jednym z krajów najbardziej sprzeciwiających się wojnie w Iraku. Około 90% Hiszpanów odrzuciło ją w 2003 roku, a mimo to premier José María Aznar poparł Waszyngton i Londyn. Ta decyzja postawiła jego rząd w konflikcie z opinią publiczną. Po zamachach bombowych w pociągu w Madrycie w 2004 roku Hiszpanie masowo głosowali i wybrali José Luisa Rodrígueza Zapatero, który szybko wycofał hiszpańskie wojska z Iraku. Irak stał się w hiszpańskiej wyobraźni symbolem tego, że sojusz z Waszyngtonem może przynieść wewnętrzne koszty polityczne.

Echa tamtej chwili wciąż są widoczne ponad 20 lat później, gdy Hiszpania ponownie dystansuje się od strategicznych priorytetów USA i opowiada się za współpracą międzynarodową. Pod naciskiem Donalda Trumpa, członkowie NATO podjęli w czerwcu 2025 roku decyzję o zwiększeniu wydatków na obronność z 2% do 5% PKB do 2035 roku, w związku z rosnącymi napięciami międzynarodowymi, zwłaszcza związanymi z konfliktem na Ukrainie, oraz o modernizacji sił NATO. Hiszpania, pomimo otwartego sprzeciwu wobec tego celu i odmiennego spojrzenia na wymogi bezpieczeństwa, podpisała porozumienie po uzyskaniu limitu 2,1% i przeglądzie w 2029 roku, po zakończeniu rządów Trumpa.

Ponadto pod koniec lutego Hiszpania odmówiła Stanom Zjednoczonym pozwolenia na wykorzystanie baz wojskowych na swoim terytorium do przeprowadzenia ataków na Iran.

Niedawno, podczas spotkania przywódców UE 19 marca, premier Hiszpanii Pedro Sánchez oświadczył : „Wojna w Iranie jest nielegalna i Hiszpania potępiała ją od samego początku. Wartości, które od dziesięcioleci zapewniają Europie pokój, dobrobyt i stabilność, to właśnie te, których należy bronić, gdy są najbardziej potrzebne”.

Sánchez wielokrotnie potwierdzał swoje stanowisko „no a la guerra” – „nie dla wojny”, co stało się symbolicznym hasłem w mediach hiszpańskich i tureckich. Nawet podczas Oscarów hiszpański aktor Javier Bardem wykorzystał swój garnitur, aby wyrazić sprzeciw wobec wojny w Strefie Gazy, poruszając ten temat podczas ceremonii wręczenia nagród.

Francja między odstraszaniem nuklearnym a obawami dotyczącymi Iranu

Z drugiej strony Francja dała sygnały, że jest gotowa poprzeć wysiłki na rzecz przywrócenia żeglugi morskiej przez Cieśninę Ormuz. Przemawiając 18 marca, francuski minister gospodarki Roland Lescure powiedział, że ponowne otwarcie strategicznego szlaku wodnego będzie „jedynym trwałym sposobem” na stabilizację globalnych rynków energii.

Również ambasador Francji przy ONZ wyraził oficjalne stanowisko Francji podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ, które odbyło się w Nowym Jorku 12 marca 2026 r.

Z perspektywy Francji obawy wynikają przede wszystkim z irańskiej działalności nuklearnej i ciągłego wzbogacania uranu. Gromadzenie wysoko wzbogaconego uranu stanowi poważne ryzyko proliferacji. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA) również wyraziła zaniepokojenie irańskim programem nuklearnym, zauważając, że od ponad ośmiu miesięcy nie ma dostępu do części irańskich materiałów jądrowych i obiektów jądrowych. Agencja oświadczyła, że ​​obecnie nie może zapewnić, że materiały jądrowe nie zostały przeznaczone do celów pokojowych, zwłaszcza po tym, jak Teheran oficjalnie zawiesił współpracę z MAEA 2 lipca 2025 r.

Jednakże poparcie Francji dla stanowiska Stanów Zjednoczonych, które zdecydowanie opowiadają się za ograniczeniem irańskiej działalności nuklearnej, budzi niejasne wątpliwości co do tradycyjnych podstaw doktryny odstraszania.

W swoim przemówieniu z 2 marca 2026 roku Emmanuel Macron zaproponował rozszerzenie francuskiego „parasola nuklearnego” na europejskich sojuszników. To ważny krok w kierunku europeizacji odstraszania narodowego. Francuska strategia nuklearna historycznie opierała się na ścisłej suwerenności i niezależności narodowej. Od czasów Charles’a de Gaulle’a broń jądrowa była kluczowym elementem strategicznej autonomii Francji, szczególnie w dystansowaniu się od zintegrowanych struktur NATO. Francja rozwinęła kompletną triadę nuklearną i osiągnęła pełną zdolność operacyjną w latach 70. XX wieku, zapewniając wiarygodne możliwości przeprowadzenia drugiego uderzenia dzięki siłom podwodnym. Broń jądrowa jest postrzegana wyłącznie jako narzędzie polityczne, mające na celu zapewnienie przetrwania narodu i swobody działania.

Wprowadzenie przez Macrona koncepcji „odstraszania na przód” ma na celu rozszerzenie francuskiego potencjału nuklearnego poza granice kraju i włączenie europejskich partnerów do strategii odstraszania, czyniąc tym samym francuskie odstraszanie nuklearne „europejskim dogłębnie”. Oczywiście wszystko to odbywa się w ramach jasno określonych granic: nie będzie podziału uprawnień decyzyjnych w zakresie broni jądrowej, które pozostają wyłącznie w rękach prezydenta, ani porozumień o podziale potencjału nuklearnego na wzór NATO.

Dlaczego UE nie może zająć jednolitego stanowiska?

Wojna w Iranie uwypukliła długotrwały problem Unii Europejskiej, jakim jest trudność w spójnym reagowaniu na globalne wyzwania. Nie jest to kwestia ideologiczna, lecz strukturalna. Dotyczy ona sposobu, w jaki Unia Europejska została zbudowana i zorganizowana.

Przede wszystkim polityka zagraniczna i bezpieczeństwa jest obszarem spornym między Unią Europejską a poszczególnymi państwami członkowskimi.

Zgodnie z Traktatem o Unii Europejskiej (TUE) i Traktatem o funkcjonowaniu Unii Europejskiej (TFUE) podpisanymi w 2007 roku, państwa europejskie mają dużą kontrolę nad wieloma kwestiami. Na przykład, zgodnie z artykułami 24 i 31, polityka zagraniczna i bezpieczeństwa podlegają szczególnym zasadom i procedurom, takim jak zasada jednomyślności, która polega na podstawowym warunku, aby wszystkie państwa członkowskie zgodziły się na to samo rozwiązanie, aby móc iść naprzód i podjąć ostateczną decyzję w kwestiach takich jak sankcje międzynarodowe, misje wojskowe i cywilne oraz wspólne stanowiska dyplomatyczne. Zasada ta daje każdemu państwu europejskiemu kluczową władzę, chociaż często stanowiła przeszkodę, a nie symbol jedności, ponieważ była wykorzystywana do odrzucania ważnych działań i spowalniania procesu decyzyjnego. Na przykład, to właśnie premier Węgier Viktor Orbán promował przy kilku okazjach, blokując sankcje wobec Rosji i pożyczki dla Ukrainy.

Unia Europejska przewiduje wspólną politykę zagraniczną i bezpieczeństwa (WPZiB), która jednak nie może zastąpić polityki krajowej. W istocie Traktaty szanują suwerenność każdego państwa, stanowiąc, że „kompetencje nieprzyznane Unii w Traktatach należą do Państw Członkowskich” (art. 4 TUE). W takim scenariuszu możemy stwierdzić, że polityka zagraniczna i bezpieczeństwa jest obszarem międzyrządowym, charakteryzującym się priorytetem przyznawanym poszczególnym państwom, a nie Unii Europejskiej jako całości. Państwa sprawują kontrolę nad Unią, a nie odwrotnie.

Po drugie, wiele osobistości ma za zadanie reprezentować UE lub decydować o jej wytycznych w polityce zagranicznej. Dokładniej, cztery z nich liczą się najbardziej: Wysoki Przedstawiciel Unii Europejskiej do Spraw Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa, Rada Europejska, Rada UE i Komisja Europejska. Każda z nich odgrywa niewielką, ale kluczową rolę w europejskiej polityce zagranicznej.

Jest to bardzo rozdrobniona i chaotyczna struktura władzy, w której ten sam obszar polityki jest podzielony na różne części i fazy oraz dzielony między różne organy polityczne, a nie jeden, co mogłoby prowadzić do bardziej spójnej i jasnej polityki zagranicznej.

UE musi dokonać wyboru

Przyczyną tego braku jedności w Unii Europejskiej jest, po raz kolejny, struktura polityczna, w której jest ona osadzona. Obecnie UE bardziej przypomina konfederację, w której państwa mogą zachować absolutną suwerenność w wielu dziedzinach, podczas gdy rząd centralny ma ograniczone uprawnienia, niż federację charakteryzującą się wspólną polityką i silną władzą centralną, która bezpośrednio sprawuje władzę nad państwami będącymi jej członkami. Obecnie wydaje się to jednym z głównych czynników utrudniających Unii Europejskiej uzyskanie większego wpływu na arenie międzynarodowej. Dlatego przyszłość UE będzie zależeć od wyboru między fragmentacją a jednością, co oznacza między słabością a siłą.

Kształt rozmowy

Czy masz coś do dodania do tej historii? Jakieś pomysły na wywiady lub kąty, które powinniśmy zbadać? Daj nam znać, jeśli chcesz napisać kontynuację, kontrapunkt lub podzielić się podobną historią.