Hitler zdaje się być najwygodniejszym „królikiem doświadczalnym” współczesnej wyobraźni społecznej, projektując na niego wszelkie rodzaje nienawiści, ponieważ sam był uosobieniem okrutnej nieludzkości, okrucieństwa, które wymaga wszelkich możliwych – i nieprawdopodobnych – wyjaśnień. Nowy film dokumentalny Channel 4, „Hitler's DNA: Blueprint of a Dictator”, odwołuje się do tej obsesji, biorąc zakrwawiony kawałek materiału z kanapy w bunkrze, przepuszczając go przez maszyny biologii molekularnej i obiecując nam pokazać, „co uczyniło go tym, kim był”, jak sugeruje tytuł dokumentu.
Na pierwszy rzut oka projekt wydaje się być postępowy lub innowacyjny. Obala on stary mit o „żydowskim pochodzeniu” Hitlera, pokazując, że nie ma śladu takiego pokrewieństwa w jego genomie, co jest istotne, biorąc pod uwagę plotkę krążącą od dziesięcioleci. „Żydowskie pochodzenie” Hitlera, pokazując, że nie ma śladu takiego pokrewieństwa, co jest istotne, biorąc pod uwagę, że plotka ta utrzymywała się aż do wypowiedzi Siergieja Ławrowa w 2022 roku. Jednocześnie znajduje dowody na zespół Kallmanna, rzadki zespół genetyczny związany z opóźnionym lub niepełnym dojrzewaniem, wnętrostwem i możliwym „mikropenisem”, łącząc te odkrycia z dokumentacją medyczną z 1923 roku, w której wspomniano o „wnętrostwie prawym”, co oczywiście symbolicznie nawiązuje do jego roli jako postaci politycznej lub dyktatora, ale przyjrzyjmy się temu poniżej.
„Badanie, które ma obalić mit nazistowskiej „ nauki o rasie”, w rzeczywistości wzmacnia jej fundamentalne założenia. Dla nazizmu „krew” to przeznaczenie; człowieka definiuje jego biologia, jego czyny są przedłużeniem jego genomu, a historia to statystyka eugeniczna”.
Jak dotąd, można by rzec, tak dobrze (?), że odrobina biologicznej demistyfikacji nikomu nie zaszkodziła. Problem zaczyna się jednak, gdy dokument postanawia pójść „dalej”: zmapować „genetyczne predyspozycje” Hitlera do autyzmu, ADHD, schizofrenii, choroby afektywnej dwubiegunowej i „zachowań antyspołecznych”, wykorzystując poligeniczne skale ryzyka – narzędzia statystyczne przeznaczone dla populacji, a nie do pośmiertnej psychodiagnozy jednostki.
W tym tkwi wielka ironia: badanie, które rzekomo ma obalić mit nazistowskiej „nauki o rasie”, w rzeczywistości wzmacnia jej fundamentalne założenia. Dla nazizmu „krew” to przeznaczenie; człowieka definiuje jego biologia, jego czyny są przedłużeniem genomu, a historia to statystyka eugeniczna. Dziś, wraz z bardziej eleganckimi diagramami i droższymi maszynami, ten sam schemat powraca w telewizji. DNA jako plan dyktatury, jakby gdzieś istniała „propozycja brutalności”, czekająca tylko na odpowiednie warunki do aktywacji.
Zastrzeżenia naukowe są jasne. Genetycy wskazują , że wskaźniki ryzyka poligenicznego mówią coś o tym, jak ryzyko rozkłada się w dużych populacjach, a nie o tym, czy dana osoba „miała wysokie prawdopodobieństwo” autyzmu lub schizofrenii w sposób mający znaczenie polityczne lub etyczne. Nawet profesor Turi King (kierownik badań) przyznaje , że nie można powiedzieć, że „Hitler miał zaburzenie X”, a jedynie, że należy do wyższego percentyla obciążenia genetycznego dla określonych schorzeń. Jednak w redakcji i w ujęciu dziennikarskim dokładność statystyczna i szczegóły są marginalizowane i przekładane na „skłonność do ADHD”, „wysokie prawdopodobieństwo zachowań autystycznych” – a stamtąd do głosu dochodzą utrwalone stereotypy.
Ta narracja ma również głębokie implikacje praktyczne, powielając stereotypy i promując zasady eugeniczne. Brytyjskie Narodowe Towarzystwo Autystyki określiło to podejście mianem „taniego chwytu”, wskazując, że autyzmu nie diagnozuje się na podstawie badania krwi, a łączenie go z masowym mordercą, nawet z tysiącami oświadczeń „to nie jest diagnoza”, podsyca stare i nowe stygmatyzacje. To samo dotyczy osób z ADHD, chorobą afektywną dwubiegunową lub schizofrenią, które postrzegają swoje własne doświadczenia jako dramatyczny efekt w narracji w stylu „zobaczmy, co poszło nie tak w umyśle Hitlera”.
„Biologizacja dyktatury służy również jako narzędzie depolityzacji. Załóżmy, że przemoc nazizmu interpretujemy jako mieszankę niskiego poziomu testosteronu, nieadekwatności seksualnej, zaburzonego libido i neuroróżnorodności. W takim przypadku sam system – autorytaryzm, antysemityzm, militaryzm, rasistowski kapitalizm – znika z obrazu. Nazizm przestaje być historycznie możliwym wyborem społeczeństwa, a staje się „dziwnym” rezultatem działania konkretnego organizmu”.
I tu dochodzimy do politycznego sedna problemu. Sam dokument, podobnie jak większość debaty publicznej wokół niego, jest reklamowany jako próba „demistyfikacji” Hitlera, obalenia go z tronu jako demonicznego potwora i przedstawienia jako „człowieka z namiętnościami i słabościami”. W praktyce jednak film ponownie przesuwa pytanie: z „jak demokracja załamała się i zamieniła w masową przemoc przy aktywnym udziale „normalnych” ludzi?” na „co z nim było nie tak?”.
Ideologia nazistowska nie traktowała tych grup jako „biologicznie problematycznych” w żaden znaczący ani naukowy sposób, lecz jako przeszkody dla wyimaginowanego porządku rasowego. Cały światopogląd reżimu opierał się na micie „czystego” narodu niemieckiego – ideale Ariera – a każdy, kto nie pasował do tego sfabrykowanego szablonu, był postrzegany jako zanieczyszczenie, którego należało się pozbyć. Nie była to biologia, lecz ideologia podszywająca się pod biologię: projekt polityczny przebrany w język genetyki, w którym rzekoma „czystość” narodu uzasadniała prześladowania, wykluczenie i eksterminację.
Zgodnie z ich propagandą, przypisywało im przestępczość, niemoralność i pasożytnictwo jako dziedziczne obciążenie. Teraz, 80 lat później, bierzemy grupę ludzi, którzy już są dyskryminowani – osoby z autyzmem, osoby z diagnozą zaburzeń psychicznych – i próbujemy powiązać ich piętno z ostatecznym historycznym przestępcą. Biologizacja dyktatury służy również jako narzędzie depolityzacji. Jeśli narracja zmienia się w traktowanie „mikropenisa” jako symbolu utraconej męskości, sam reżim nazistowski – autorytaryzm, antysemityzm i rasistowski kapitalizm – znika z obrazu. Nazizm przestaje być historycznie możliwym wyborem społeczeństwa, a staje się „dziwnym” rezultatem konkretnego ciała. Potwór powraca do swojego mitu, wyjątkowy, niepowtarzalny, zamknięty w wadliwym DNA, a zatem nie może się powtórzyć wśród „normalnych”, społecznie akceptowalnych ludzi.
Właśnie tutaj obietnica demistyfikacji zostaje obalona. Film dokumentalny zrywa z Hitlerem mistyczną zasłonę nieludzkiego okrucieństwa, by zastąpić ją inną: bardzo ludzkim i „unikalnym pakietem biologicznym”, który niemal nieuchronnie prowadzi do określonego przebiegu historii. Zamiast zrozumieć, jak rzesza „zwykłych” profesjonalistów, biurokratów, biznesmenów i sąsiadów współpracowała w ludobójstwie, wracamy do dawnych poszukiwań jedynego winowajcy. Prawdziwą lekcją historii jest to, że zwykli ludzie w określonych kontekstach mogą dopuszczać się, podżegać lub akceptować straszliwą przemoc, a żadne badanie krwi nigdy tego nie zarejestruje.
„Banalność zła” nie sugeruje , że zło jest błahe czy przypadkowe, ale że mogą je popełniać ludzie, którzy porzucili myślenie – którzy nie kwestionują już swoich działań, nie kwestionują rozkazów ani nie wyobrażają sobie punktu widzenia innej istoty ludzkiej. Dla niej przerażające jest to, że masowa przemoc staje się możliwa, gdy zwykli ludzie rezygnują ze swojej zdolności do refleksji i pozwalają, by machina państwowa myślała za nich. Żaden test DNA nie jest w stanie uchwycić tego załamania osądu; to porażka polityczna i etyczna, a nie biologiczna.
Wreszcie, tym, co zdominowało dyskurs publiczny, co trwa już od dekady, odkąd kwestia ta powraca , jest możliwość istnienia mikropenisa Hitlera. Zdaniem Foucaulta, fallus nie jest daną biologiczną, lecz „znakiem wyobrażonym”, kondensatorem dyskursów i technologii społecznych, które wytwarza dyspozytyw (sieć dyskursów, instytucji i praktyk organizujących sposób, w jaki władza wytwarza prawdy i podmioty – „mechanizm” władzy-wiedzy, a nie rzeczy) seksualności, aby uporządkować prawdę podmiotu.
Foucault pokazuje, że to, co nazywamy „płcią”, nie istnieje wcześniej jako naturalna substancja; jest to historycznie skonstruowany punkt, w którym dyskurs medycyny, psychiatrii, pedagogiki i biologii zbiega się i wytwarza pozornie zjednoczoną całość, podczas gdy w rzeczywistości funkcjonuje jako „unikalny znaczący i uniwersalny znaczony” (funkcjonuje jako pojedynczy symbol (pojedynczy znaczący), który jednak ma wyjaśniać wszystko o podmiotowości, biologii i prawdzie jednostki (uniwersalny znaczony), narzucając jedność heterogenicznym funkcjom ciała. W La volonté de savoir Foucault wyjaśnia, że „płci” ukształtowała się jako węzeł, w którym nowoczesna władza połączyła biologiczne ze społecznym, umożliwiając XIX-wiecznemu reżimowi prawdy przedstawianie różnic cielesnych jako nośników znaczenia, jako „przyczyny”, „deficyty” lub „ukryte funkcje”.
„Związek między fizycznym „niedoborem” a polityczną „nadkompensacją” – co dziś określa się po prostu mianem megalomanii kompensującej biologiczną niedostateczność – to po prostu kontynuacja tej samej technologii władzy, którą analizuje Foucault: medykalizacja polityki, przełożenie historycznej odpowiedzialności na znak biologiczny”.
Poprzez tę logikę fallus staje się „siecią powierzchniową” (oczywiste, codzienne połączenia, w których ciała, reguły i dyskursy oddziałują na siebie i wytwarzają normalność) pomiędzy podmiotem a mechanizmami władzy, zyskuje status miejsca, z którego „wyłania się” prawda o tożsamości, historii, a nawet losie jednostki.
Na przestrzeni dziejów, nie tylko w „kulturze nowożytnej”, społeczeństwa śródziemnomorskie nauczyły się nadawać seksowi – a zwłaszcza fallusowi – niemal metafizyczny ładunek. Fallus staje się „elementem ukrytym, a jednocześnie niosącym znaczenie”, „cząstką, która jest mała, lecz symbolicznie definiuje całość”. W świecie greckim jego moc ma nie tylko charakter erotyczny, ale także rytualny i obywatelski. Na przykład na Delos pomniki chóralne związane z kultem Dionizosa wieńczono kolosalnymi fallusami i hybrydowymi „ptakami fallicznymi”, później reinterpretowanymi jako pawie, ale wciąż osadzonymi w dionizyjskim języku wizualnym zwycięstwa, widowiska i boskiej łaski.
W tym kontekście obecna obsesja na punkcie rzekomego „mikropenisa” Hitlera czy „niedorozwoju” nie jest trywialnym memem, lecz reaktywacją tego samego mechanizmu kulturowego. Współczesny dyskurs ponownie wymaga od fallusa ciężkiej pracy interpretacyjnej: przekształcenia fragmentu anatomii w ukryty klucz wyjaśniający przemoc polityczną. Zamiast badać, jak instytucje, ideologie i „zwykli” ludzie umożliwili ludobójstwo, odpowiedzialność zostaje przerzucona na rzekomo wadliwe ciało, jakby historia była zapisana w hormonach i tkankach. Fallus płynnie przechodzi zatem od amuletu fortuny do narzędzia diagnostycznego okrucieństwa – różne wartości, ta sama operacja: symbolicznie definiuje całość, aby zbiorowość mogła wciąż odwracać wzrok.
Związek między fizycznym „niedostatkiem” a polityczną „nadkompensacją” – co dziś określa się pobieżnie mianem megalomanii kompensującej biologiczną nieadekwatność – jest po prostu kontynuacją tej samej technologii władzy, którą analizuje Foucault: medykalizacji polityki, przełożenia historycznej odpowiedzialności na znak biologiczny. Rezultatem nie jest demistyfikacja Hitlera, lecz przywrócenie eugenicznego sposobu myślenia, a mianowicie, że ciało mówi prawdę o zbrodni, że „dyktatora wyjaśnia” jego kod genetyczny. Ostatecznie jest to przejście od politycznej historyczności do „techniki normalizacji”, gdzie władza odczytuje przestępcę nie jako produkt struktur społecznych i ideologicznych, lecz jako „anomalię” o podłożu anatomicznym. Zatem telewizyjna narracja o DNA Hitlera nie detronizuje nazizmu, lecz biologizuje go, odtwarzając te same wzorce, które niegdyś legitymizowały nazistowską eugenikę.
Jeśli hitlerowski szał na DNA cokolwiek nam mówi, to nie to, co nosił w swoim ciele, ale to, co nosimy w naszych współczesnych fantazjach: odmowę postrzegania polityki jako pola odpowiedzialności i wyboru oraz pragnienie znalezienia biologicznej „wady”, na którą moglibyśmy zbiorowo zrzucić naszą winę. Tyle że historycznie rzecz biorąc, za każdym razem, gdy społeczeństwo szuka „wady” w czyjejś krwi, wiemy, gdzie ona trafia. Krew nie jest „planem dyktatora”, lecz społeczeństwo. A jeśli zbyt długo wpatrujesz się w DNA potwora, tracisz z oczu lustro.
- ADHD
- Arendt
- authoritarianism
- autism stigma
- bioethics
- biopolitics
- Channel4
- depoliticization
- disability ethics
- DNA
- documentary
- eugenics
- fascism
- Foucault
- genetics
- historical responsibility
- Hitler
- ideology
- Kallmann syndrome
- mass violence
- media framing
- medicalization
- Nazism
- polygenic risk scores
- propaganda
- pseudogenetics
- pseudoscience
- racism
- schizophrenia
- social imagination
Napisany przez
Kształt rozmowy
Czy masz coś do dodania do tej historii? Jakieś pomysły na wywiady lub kąty, które powinniśmy zbadać? Daj nam znać, jeśli chcesz napisać kontynuację, kontrapunkt lub podzielić się podobną historią.
