Dopiero po zakończeniu II wojny światowej nastąpiło przebudzenie tego pierwszego pokolenia, które działało na zasadzie wahadła ideologii. Intelektualizm był niemal obowiązkiem publicznym, nie tylko politycznym, ale i społecznym, środkiem socjalizacji nawet dla młodszego pokolenia. W tamtych latach idee stawały się niebezpieczne, ponieważ cieszyły się popularnością i mogły kształtować politykę, a intelektualiści – od paryskich sal wykładowych po debaty w MIT – nie byli marginalizowani, lecz, można by rzec, działali w samym sercu społeczeństwa.

To była „epoka ideologii” – kiedy marksizm, egzystencjalizm i liberalizm wciąż ścierały się w kawiarniach Dzielnicy Łacińskiej i studiach BBC, a dyskurs publiczny wciąż miał naiwność, by wierzyć, że myśl może zmienić świat. Typowym przykładem jest tekst Noama Chomsky’ego z tego okresu, w którym w „Odpowiedzialności intelektualistów” (1967) napisał: „obowiązkiem intelektualistów jest mówienie prawdy i demaskowanie kłamstw”. To było jego moralne i polityczne credo: intelektualiści, mając dostęp do wiedzy, zasobów i wolności słowa, mają szczególny obowiązek – nie tylko komentowania, ale i demaskowania. Fraza niemal emblematyczna dla epoki, w której publiczna refleksja nie była akademicką dyscypliną sportową, lecz aktem oporu.

Tak było kiedyś; dziś intelektualiści są traktowani z podejrzliwością. Oczywiście, już wcześniej intelektualiści zyskali status raczej oderwany od rzeczywistości społecznej; mieli ciężkie i całkowicie teoretyczne podejście. W książce Kundery, „ Księga śmiechu i zapomnienia”, Mirek dowiaduje się od swojej dziewczyny, że jest rozczarowana sposobem, w jaki się z nią kocha, mówiąc mu, że robi to jak „intelektualista”. To ciężka zniewaga, jak zauważa Kundera poniżej, ponieważ sugeruje to, że jest oderwany od „ludzkiego doświadczenia”.

Słowo „ekspert”, nie mówiąc już o intelektualistach, brzmi dziś jak przesada, skoro dokumentacja przypomina sieć kłamstw, a naukowcy są traktowani jak biurokraci. Od nagłówków tabloidów po programy polityczne, łatwość ignorancji stała się nowym językiem „szczerości”. Polityk, który „mówi prosto”, który śmieje się z akademików i obiecuje „odzyskać kraj z rąk intelektualistów”, nie wydaje się tak niebezpieczny, bo wydaje się znajomy. Oczywiście, część odpowiedzialności za ten wynik spoczywa na tych, którzy w próbie zdefiniowania, czym jest Europa, w walce o tożsamości w ogóle, podczas gdy obywatele rozmawiali o czynszach i cenach w supermarketach. Gdzieś po drodze powstał rozdźwięk między dyskursem intelektualnym a doświadczeniem życiowym – porównanie, które Kundera robi całkiem dobrze, jeśli się nad tym zastanowić.

Nawet intelektualiści „ organiczni ” (intelektualiści, którzy wyrażają i organizują świadomość klasy społecznej, łącząc myśl z działaniem) padają ofiarą antyintelektualizmu. Dla tych, którzy podzielają ten ostatni pogląd, funkcjonuje to jako nowy symbol, który mówi: „Nie należę do oderwanych od rzeczywistości teoretyków, jestem jednym z was”. I to właśnie to „popularne (populistyczne) ja” rości sobie prawo do władzy. Typowy przykład pochodzi z politycznego laboratorium Zachodu, Stanów Zjednoczonych, wraz z likwidacją Departamentu Edukacji USA – idei, która wciąż powraca do konserwatywnych rządów, nie jako produkt technicznego planu, ale jako głęboka potrzeba delegitymizacji samej edukacji, przedstawiania wiedzy jako spisku „wykształconych”.

Trump, jak twierdzi, nie potrzebował programu politycznego; wśród głosujących na niego miał już sformułowanie: „Kocham słabo wykształconych” , podkreślające tę grupę społeczną. Ironią jest to, że antyintelektualizm zawsze przyodziewa się w szaty wolności, ponieważ odrzuca autorytet nie poprzez krytyczne myślenie, lecz poprzez rodzaj nieufności, w której emocje zastępują argumentację. Ironią jest oczywiście to, że jest to całkowicie sprzeczne z zasadami europejskiego oświecenia, na których zbudowano Europę, biorąc pod uwagę pisma Nicolasa de Condorceta w „Raporcie i projekcie rozporządzenia o ogólnej organizacji nauczania publicznego”, gdzie stwierdza: „Dopóki istnieją ludzie, którzy nie słuchają samego rozumu, którzy czerpią swoje opinie z obcej opinii, na próżno zerwane byłyby wszelkie łańcuchy; ludzkość pozostałaby podzielona na dwie klasy: ludzi rozumujących i ludzi wierzących”.

Trump, jak twierdzi, nie potrzebował programu politycznego; wśród głosujących na niego miał już sformułowanie: „Kocham słabo wykształconych” , podkreślające tę grupę społeczną. Ironią jest to, że antyintelektualizm zawsze przyodziewa się w szaty wolności, ponieważ odrzuca autorytet nie poprzez krytyczne myślenie, lecz poprzez rodzaj nieufności, w której emocje zastępują argumentację. Ironią jest oczywiście to, że jest to całkowicie sprzeczne z zasadami europejskiego oświecenia, na których zbudowano Europę, biorąc pod uwagę pisma Nicolasa de Condorceta w „Raporcie i projekcie rozporządzenia o ogólnej organizacji nauczania publicznego”, gdzie stwierdza: „Dopóki istnieją ludzie, którzy nie słuchają samego rozumu, którzy czerpią swoje opinie z obcej opinii, na próżno zerwane byłyby wszelkie łańcuchy; ludzkość pozostałaby podzielona na dwie klasy: ludzi rozumujących i ludzi wierzących”.

Co to wszystko oznacza? Być może jest to zgodne z wynikami badania Centrum Analiz Polityki Europejskiej , które wykazało, że młodzi ludzie w wieku 18–24 lat w krajach takich jak Bułgaria, Węgry i Słowacja preferują „silnych przywódców”, którzy nie potrzebują parlamentu, co jest oznaką podważania relacji dialektycznych i ideologicznych na rzecz praktycznej dominacji. Kryzys ma jednak charakter poznawczy: młodzi Europejczycy odrzucają demokrację nie dlatego, że z konieczności jej nienawidzą, ale dlatego, że nie postrzegają jej jako wysiłku intelektualnego. Problem ten wydaje się bardziej złożonym systemem logistycznym niż codziennym aktem myślenia, a to oderwanie od intelektualnego wymiaru życia publicznego jest podsycane przez szerszą atmosferę nieufności.

I to właśnie wtedy prawicowo- populistyczna wyobraźnia w Europie przedstawia uniwersytety jako „miejsca moralnego zepsucia i elitaryzmu”, co jest pewnym schematem i jest zauważane z taką samą, jeśli nie większą, intensywnością w Ameryce. Powyższe zostało powtórzone w badaniu Komisji Europejskiej pt. „ Strategia UE wobec narracji przeciwnych demokracji” , ostrzegającym, że ta sieć idei, ta narracja, „intelektualiści są oderwani od rzeczywistości”, „elita nie rozumie zwykłych ludzi” stanowi fundament dekonstrukcji demokratycznego konsensusu.

Antyintelektualizm w tym kontekście wyraża się nie poprzez ataki na uniwersytety, lecz poprzez bardziej podstępną narrację społeczną, że złożoność jest wrogiem, a prostota cnotą, tępą brzytwą Ockhama. Na dodatek, jak się wydaje, w Rumunii konstruowana jest inna narracja – politycy skrajnej prawicy uważają intelektualistów za „zdrajców narodu”, którzy podważają wartości narodowe. Oczywiście, ten pogląd jest dość uniwersalny i nie ogranicza się wyłącznie do Rumunii.

W całej Europie erozja zaufania do autorytetów intelektualnych stała się definiującą cechą życia politycznego. To, co kiedyś manifestowało się jako sceptycyzm wobec środowiska akademickiego czy biurokracji, przybrało teraz formę otwartej wrogości wobec samej wiedzy – populistycznego dowartościowania instynktu i emocji ponad dowody. Antyintelektualizm stał się symbolicznym językiem autentyczności, sposobem, w jaki przywódcy przedstawiają się jako „ludzie”, a obywatele – sposobem na przeciwstawienie się temu, co postrzegają jako odległe, moralizatorskie elity. Od Rzymu przez Warszawę po Ateny, ataki na niezależne instytucje, uniwersytety i postacie racjonalnej odpowiedzialności ujawniają wspólny lęk przed intelektem jako władzą. Retoryka jest zróżnicowana, czasem buntownicza, czasem cyniczna, ale jej celem jest przekształcenie ignorancji w „cnotę”, a krytyki w „zdradę” narodu i jego tożsamości.

W październiku 2018 roku Matteo Salvini otwarcie zakwestionował wiedzę specjalistyczną podczas transmisji na żywo na Facebooku, mówiąc: „Io sono ignorante, ma voi dove eravate?” („Jestem ignorantem, ale gdzie byłeś?”) w odpowiedzi na „professoroni”, obraźliwe określenie, którego użył w odniesieniu do ekonomistów i prawników krytykujących plany budżetowe jego rządu. Salvini wymienił nazwiska Tito Boeriego i Ugo De Siervo, odrzucając ich argumenty ekonomiczne jako narzekania obojętnych elit, które zawiodły Włochy. Dodał: „Jestem skromnym, ignoranckim ministrem”, argumentując, że zdrowy rozsądek jest ważniejszy niż wiedza akademicka. Podążał on za długą włoską tradycją populistyczną, polegającą na przedstawianiu uczonych i instytucji jako przeszkód dla „prawdziwych Włochów”, przełamując tym samym podział między demagogią a autentycznością.

W Polsce , od 2015 roku, rządząca partia Prawo i Sprawiedliwość (PiS) była wielokrotnie oskarżana o naruszanie autonomii uniwersytetów i atakowanie intelektualistów o krytycznym nastawieniu. Przypadek konstytucjonalisty Wojciecha Sadowskiego jest tego doskonałym przykładem: po publicznym opowiedzeniu się za praworządnością, spotkał się z pozwami i postępowaniami sądowymi organizowanymi przez kręgi rządowe i media prorządowe. Ta sprawa nie dotyczy jedynie naukowca, ale odzwierciedla systematyczne działania mające na celu ograniczenie wolności słowa i delegitymizację krytycznego myślenia na uniwersytetach jako pośredniego przejawu antyintelektualizmu.

Przypadek Christosa Rammosa w Grecji po raz kolejny trafnie ilustruje konflikt między instytucjonalną logiką przejrzystości a kulturą polityczną, która często traktuje wiedzę i kontrolę jako zagrożenie. Były prezes Greckiego Urzędu Ochrony Danych, który znalazł się w centrum skandalu podsłuchowego, otwarcie mówił o „zniesławieniu”, potępiając wrogie środowisko wobec niezależnych władz i udokumentowaną odpowiedzialność. Kilka miesięcy wcześniej Nowa Lewica nominowała go na stanowisko Prezydenta Republiki , co podkreśliło jego instytucjonalną wiarygodność; odmówił jednak, potępiając „drobne kalkulacje polityczne” i „partyjne strategie”. Ten epizod pokazał dokładnie, jak atak na niezależny, racjonalny głos urzędnika publicznego może służyć jako zwierciadło współczesnego antyintelektualizmu, nietolerancji wiedzy i krytyki.

Podsumowując, odrzucenie intelektualizmu, zarówno w formie bardziej brutalnej, jak i bardziej podtwardówkowej; zarówno w postaci intelektualistów publicznych, jak i niepublicznych, dialogu dziennikarskiego, nawet jako aktu indywidualnego rozwoju w strukturach takich jak uniwersytety, ma korzenie w politycznym populizmie, elitaryzmie i zmęczeniu informacją. Zamiast przełożenia teorii na praktyczne doświadczenie, w kategoriach sprawiedliwości i dobrobytu, refleksja nad tymi kwestiami zaczyna wydawać się arogancka, gdy palą problemy życia codziennego, a obywatele zapominają, że demokracje nie działają na autopilocie.

To napięcie jest aktywnie wykorzystywane przez polityków, zwłaszcza skrajnej prawicy, którzy przedstawiają „intelektualistów” jako oderwane od rzeczywistości relikty uwięzione w swoich wieżach z kości słoniowej – lub, co gorsza, jako zdrajców narodu, gdy odważą się zabrać głos. Lęk przed byciem wysłuchanym staje się, paradoksalnie, kolejną formą uciszania, mechanizmem, poprzez który niezależna myśl zostaje zdelegitymizowana, a heterotopia intelektualisty – jego przestrzeń dystansu i refleksji – zostaje przekształcona w dewiację od porządku społecznego.

Jednak ta retoryka, choć podsyca antydemokratyczny nurt, była pośrednio podtrzymywana przez sam liberalny mainstream – przez dekady polityki rynkowej i technokratycznych rządów, które nie zapewniły większej demokracji tym, którzy są niżej w hierarchii. Rezultatem jest podwójna alienacja: intelektualiści nieufni ze względu na swój dystans i obywatele rozczarowani demokracją, która nie ma już charakteru partycypacyjnego. Kiedy kryzysy się mnożą, a nierówności pogłębiają, ludzie nie są jedynie wykluczani; czują się politycznie bankrutami, uwięzieni w systemie, który jednocześnie wymaga od nich wiary i odmawia im sprawczości.

Europa naszych czasów nie jest zagrożona przez ignorancję, lecz przez jej akceptację jako organicznej. Znużenie myśli to nowe status quo, łagodny, uprzejmy nihilizm noszący maskę realizmu. A w nim demokracja chyli się ku upadkowi pod grymasem obojętności.

Kształt rozmowy

Czy masz coś do dodania do tej historii? Jakieś pomysły na wywiady lub kąty, które powinniśmy zbadać? Daj nam znać, jeśli chcesz napisać kontynuację, kontrapunkt lub podzielić się podobną historią.