Warunki były tragiczne: tygodnie deszczu, wszędzie błoto i zamarznięta ziemia niczyja między liniami, które miejscami były oddalone od siebie o mniej niż 45 metrów. Najgorsze okrucieństwa, takie jak ataki chemiczne w drugiej bitwie pod Ypres, jeszcze nie nadeszły, więc żołnierze widzieli bitwę, ale nie „ostateczną” rzeź przemysłową, która miała po niej nastąpić. Podjęto nawet próbę zawarcia oficjalnego rozejmu. 7 grudnia papież Benedykt XVI zaapelował o „ciszę armat” przynajmniej w Wigilię, ale przywódcy polityczni i wojskowi nie wykazali zainteresowania. Niemniej jednak „drobne” inicjatywy popychały ludzi ku nieprawdopodobnemu: mróz zatrzymał deszcz, Flandrię pokrył lekki śnieg, a cesarz wysłał choinki do okopów; 23 grudnia niemieccy żołnierze ustawili je poza okopami i zaśpiewali „Stille Nacht”, na co linie alianckie odpowiedziały własnymi kolędami. Gdy Brytyjczycy stanęli naprzeciwko Sasów, którzy byli uważani za „bardziej niezawodnych” i często pracowali w Wielkiej Brytanii przed wojną, komunikacja stała się łatwiejsza, a rozejm był szerzej akceptowany. Natomiast w strefach francuskich, z powodu okupacji terytorium Francji przez Niemcy, gniew znacznie utrudnił fraternizację.
W Wigilię niektórzy niżsi rangą brytyjscy oficerowie przyjęli już nieformalną logikę „żyj i pozwól żyć” („nie strzelaj, chyba że do ciebie strzelają”), a w poranek Bożego Narodzenia Niemcy wyszli nieuzbrojeni, machając rękami, by pokazać swoje pokojowe intencje; gdy Brytyjczycy im uwierzyli, oni również wyszli i spotkali się na ziemi niczyjej, by towarzysko spędzić czas, wymienić drobne prezenty, a nawet zagrać z nimi w piłkę następnego dnia. Cenzura korespondencji nie została jeszcze wprowadzona; listy mówią o piłce nożnej, jedzeniu i piciu z ludźmi, którzy „wczoraj” byli śmiertelnymi wrogami, ale także o wspólnych ceremoniach pogrzebowych poległych w strefie środkowej i milczącej świadomości, że ten pokój będzie tymczasowy, aby obie strony mogły wykorzystać rozejm do ulepszenia swoich okopów.
Nie było to powszechne – walki toczyły się gdzie indziej, a dowódcy obawiali się, że fraternizacja może podkopać dyscyplinę. Mimo to, skala ludzi otwarcie gromadzących się między okopami w świetle dziennym uczyniła z tego jedną z najbardziej niepokojących sytuacji w historii wojny: dowód na to, że „wróg” wciąż, przynajmniej na chwilę, był kategorią odwracalną.

