W filmie „The Monuments Men”, cisza II wojny światowej w Wigilię, gdy walki na chwilę ustały, a ludzie znaleźli się w obozach, niektórzy decydują się puścić przez głośniki piosenkę „Have Yourself a Merry Little Christmas”, śpiewaną tak cicho, że zdaje się przełamywać mróz, gdy ktoś oddycha zbyt głośno. Obietnica piosenki – „w przyszłym roku wszystkie nasze kłopoty znikną z pola widzenia” – to fraza, która brzmi niemal nielegalnie, gdy historia pogrąża się w chaosie. To właśnie ta dziwna, uporczywa chemia Bożego Narodzenia w czasie wojny – nie niewinność, lecz chwilowe wytchnienie od rozpaczy.

Jedna wojna światowa wcześniej, 30 lat temu, około 24–25 grudnia 1914 roku, „Rozejm Bożonarodzeniowy” nie był traktatem ani rozkazem, lecz nieformalnym, spontanicznym zawieszeniem broni, które objęło części frontu zachodniego. Na około dwóch trzecich 30-milowego frontu zajmowanego przez Brytyjskie Siły Ekspedycyjne, działa na chwilę ucichły, nie wszędzie i z pewnością nie za aprobatą dowództwa. Latem 1914 roku wiele społeczeństw europejskich przystąpiło do wojny z entuzjazmem i złudzeniem, że „do Bożego Narodzenia będzie po wszystkim”, ale w ciągu kilku miesięcy liczba ofiar gwałtownie wzrosła, a front utknął w krwawym impasie, od granicy szwajcarskiej po Morze Północne. Nadszedł grudzień, a rzeczywistość wojny w okopach stała się już faktem.

Warunki były tragiczne: tygodnie deszczu, wszędzie błoto i zamarznięta ziemia niczyja między liniami, które miejscami były oddalone od siebie o mniej niż 45 metrów. Najgorsze okrucieństwa, takie jak ataki chemiczne w drugiej bitwie pod Ypres, jeszcze nie nadeszły, więc żołnierze widzieli bitwę, ale nie „ostateczną” rzeź przemysłową, która miała po niej nastąpić. Podjęto nawet próbę zawarcia oficjalnego rozejmu. 7 grudnia papież Benedykt XVI zaapelował o „ciszę armat” przynajmniej w Wigilię, ale przywódcy polityczni i wojskowi nie wykazali zainteresowania. Niemniej jednak „drobne” inicjatywy popychały ludzi ku nieprawdopodobnemu: mróz zatrzymał deszcz, Flandrię pokrył lekki śnieg, a cesarz wysłał choinki do okopów; 23 grudnia niemieccy żołnierze ustawili je poza okopami i zaśpiewali „Stille Nacht”, na co linie alianckie odpowiedziały własnymi kolędami. Gdy Brytyjczycy stanęli naprzeciwko Sasów, którzy byli uważani za „bardziej niezawodnych” i często pracowali w Wielkiej Brytanii przed wojną, komunikacja stała się łatwiejsza, a rozejm był szerzej akceptowany. Natomiast w strefach francuskich, z powodu okupacji terytorium Francji przez Niemcy, gniew znacznie utrudnił fraternizację.

W Wigilię niektórzy niżsi rangą brytyjscy oficerowie przyjęli już nieformalną logikę „żyj i pozwól żyć” („nie strzelaj, chyba że do ciebie strzelają”), a w poranek Bożego Narodzenia Niemcy wyszli nieuzbrojeni, machając rękami, by pokazać swoje pokojowe intencje; gdy Brytyjczycy im uwierzyli, oni również wyszli i spotkali się na ziemi niczyjej, by towarzysko spędzić czas, wymienić drobne prezenty, a nawet zagrać z nimi w piłkę następnego dnia. Cenzura korespondencji nie została jeszcze wprowadzona; listy mówią o piłce nożnej, jedzeniu i piciu z ludźmi, którzy „wczoraj” byli śmiertelnymi wrogami, ale także o wspólnych ceremoniach pogrzebowych poległych w strefie środkowej i milczącej świadomości, że ten pokój będzie tymczasowy, aby obie strony mogły wykorzystać rozejm do ulepszenia swoich okopów.

Nie było to powszechne – walki toczyły się gdzie indziej, a dowódcy obawiali się, że fraternizacja może podkopać dyscyplinę. Mimo to, skala ludzi otwarcie gromadzących się między okopami w świetle dziennym uczyniła z tego jedną z najbardziej niepokojących sytuacji w historii wojny: dowód na to, że „wróg” wciąż, przynajmniej na chwilę, był kategorią odwracalną.

Czy zatem dziś możliwy jest rozejm świąteczny?

W europejskich obrazach Bożego Narodzenia idea rozejmu powraca co roku niczym mantra – ale w 2025 roku powraca pośród hałasu: negocjacji, ultimatum i kontynentu uczącego się żyć bez dawnych pewników bezpieczeństwa. Kanclerz Niemiec Friedrich Merz otwarcie opisuje tę zmianę jako potrzebę europejskiej autonomii od Stanów Zjednoczonych – i nie chodzi tu tylko o geopolitykę: to nowy „klimat”, w którym każde wezwanie do rozejmu nabiera znaczenia. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia Merz powiedział : „być może rosyjski rząd ma jeszcze resztki człowieczeństwa i zostawi ludzi w spokoju na kilka dni. To może stać się początkiem pokoju”.

„Nawet dziś pojawiają się apele o zawieszenie broni w czasie świąt Bożego Narodzenia, na przykład ze strony papieża Leona XIV. Jednak zawieszenie broni jest możliwe tylko wtedy, gdy obie strony są nim rzeczywiście zainteresowane. Rozejm w czasie świąt Bożego Narodzenia z 1914 roku był wyjątkowy, ponieważ nie był porozumieniem między przywódcami politycznymi ani dowódcami wojskowymi, lecz spontaniczną inicjatywą żołnierzy na froncie” – powiedział dla PulseZ Martin Ducháč, politolog i wykładowca w PPLE College na Uniwersytecie Amsterdamskim.

Na Ukrainie jednak dyskusja o „rozejmie bożonarodzeniowym” nie jest bezpodstawna: w grudniu 2025 r. sama strona ukraińska zaproponowała świąteczne zawieszenie broni, podczas gdy Kreml wyraźnie powiązał to z szerszym „rozwiązaniem pokojowym” i odrzucił logikę prostego, tymczasowego rozejmu.

„Miało to miejsce w pierwszym roku wojny na froncie zachodnim, głównie między wojskami brytyjskimi i niemieckimi, w czasie, gdy najgorsze tragedie, takie jak ataki chemiczne, Verdun i Somma, jeszcze nie nadeszły. Wielu żołnierzy i oficerów nadal postrzegało wroga jako „honorowego wroga”, a nie zagrożenie egzystencjalne” – dodał Ducháč.

W tym przypadku, we współczesnej wojnie, a zwłaszcza gdy dyskusja schodzi na Ukrainę, istnieje wiele różnic, z których jedną jest asymetria, ponieważ nie mówimy o konflikcie dwóch „równych” stron, które po prostu się starły. Mówimy o wojnie inwazyjnej i okupacyjnej, gdzie jedna strona walczy o przetrwanie, a druga dąży do kontroli politycznej i terytorialnej. Mamy wojnę, w której jedna strona stawia opór inwazji/okupacji, a druga obstaje przy maksymalistycznych celach, zgodnie z najnowszymi ocenami informacji o niezmiennych ambicjach Ukrainy w zakresie kontroli. Jednocześnie kontekst przemocy (ataki na infrastrukturę/ludność cywilną, atmosfera strachu na okupowanych terenach) i udokumentowane nadużycia wobec jeńców wojennych podważają wszelki „wspólny język moralny”, który umożliwiałby spontaniczne , oddolne spotkanie ludzi. Nawet gdy sama narracja ideologiczna kwestionuje tożsamość ukraińską (np. retoryka „jednego narodu”), „empatia” grozi przekształceniem się w narzędzie fałszywej równoważności.

„Na froncie wschodnim rozwój wydarzeń był bardziej dynamiczny, a inny kalendarz również odegrał swoją rolę. Podczas gdy na Zachodzie Boże Narodzenie obchodzono 25 grudnia, w Rosji, według kalendarza juliańskiego, przypadało ono dopiero 7 stycznia. Do 2023 roku Ukraina również obchodziła Boże Narodzenie według kalendarza juliańskiego. Przeniesienie daty na 25 grudnia jest symbolicznym gestem dystansowania się od rosyjskich wpływów kulturowych i religijnych” – powiedział Ducháč.

Właśnie na Ukrainie kalendarz stał się polem kulturowej dominacji. W latach 2018–2019 podział Kościoła chrześcijańskiego, czyli schizma kościelna, nastąpił wraz z uznaniem Cerkwi Prawosławnej Ukrainy za autokefaliczną (niezależną), a proces ten zakończył się przyznaniem tomosu autokefalii przez Patriarchat Ekumeniczny 6 stycznia 2019 roku. W tym kontekście przeniesienie oficjalnego święta Bożego Narodzenia na 25 grudnia (na mocy ustawy podpisanej przez Zełenskiego w lipcu 2023 roku i wprowadzonej po raz pierwszy w życie w 2023 roku) stanowi symboliczną deklarację oderwania się od rosyjskiej orbity kościelno-kulturowej w trakcie wojny. A „Boże Narodzenie juliańskie” nie jest kolejnym świętem, lecz innym sposobem pomiaru czasu: w XX–XXI wieku 25 grudnia w kalendarzu juliańskim przypada 13 dni później niż w kalendarzu gregoriańskim – co odpowiada 7 stycznia.

W tym kontekście spontaniczny „rozejm bożonarodzeniowy” między żołnierzami jest praktycznie niemożliwy, nie dlatego, że ludzka potrzeba wytchnienia od konfliktu zniknęła, ale dlatego, że samo pole walki – militarnie, moralnie i symbolicznie – zostało naznaczone asymetrią i egzystencjalnymi stawkami. Profesor Giuliana Tiripelli (Uniwersytet De Montfort w Leicester) przedstawiła swoje eksperckie refleksje w odpowiedzi na pytania zadane przez European Youth Press (EYP)/Pulse Z, stwierdzając, że: „Każdy nietypowy lub oddolny moment, autentyczny czy wyreżyserowany, ma potencjał zmiany postrzegania autorytetu moralnego i wiarygodności politycznej. W rezultacie rządy i dowództwa wojskowe inwestują znaczne środki w kontrolowanie narracji oraz w tłumienie lub przeformułowywanie spontanicznych wydarzeń, które mogłyby zakłócić ich kontrolę nad dyskursem uzasadniającym wojnę. Właśnie dlatego takie momenty rzadziej pojawiają się lub trwają. Widzimy to na przykład w ograniczonej widoczności izraelskich aktywistów pokojowych protestujących na granicy ze Strefą Gazy w ostatnich miesiącach – i w wielu innych sytuacjach tego rodzaju”. 

„Chwila”, która mogła narodzić się między dwiema liniami okopów w 1914 roku, jest teraz zagrożona interpretacją jako słabość, pułapka, trofeum propagandowe; a zatem nie ma nawet szansy zaistnieć. W takich okolicznościach cokolwiek przypominającego pauzę może nadejść jedynie „z góry” jako oficjalne, weryfikowalne porozumienie, jako wymiana jeńców, jako korytarz humanitarny, niczym drobne techniczne wytchnienia w wielkim politycznym duszeniu. I gdzieś tutaj zaczyna się drugi, bardziej podstępny front, front informacyjny, gdzie pole bitwy nie pozostawia miejsca na spontaniczne człowieczeństwo, gdzie sposób, w jaki o nim opowiadamy – i sposób, w jaki pochłania go internet – może uczynić go niewidzialnym lub niebezpiecznym.

Zmiany w rozumieniu solidarności

„Solidarność żołnierzy w 1914 roku przybrała formę osobistego kontaktu między walczącymi stronami na ziemi niczyjej. Charakter dzisiejszego konfliktu nie pozwala na nic podobnego. Rosyjski sposób prowadzenia wojny (taktyka spalonej ziemi, przemoc wobec ludności cywilnej, niszczenie infrastruktury na tyłach) uniemożliwia ukraińskim żołnierzom postrzeganie wroga jako ludzi po drugiej stronie” – powiedział Ducháč.

Systematyczne tortury jeńców wojennych, z użyciem metod fizycznych i psychicznych, o których donosiła już Human Rights Watch, są uznawane za zbrodnie wojenne zgodnie z Konwencjami Genewskimi. Nieludzkie warunki, w jakich przebywają jeńcy wojenni i cywile w rosyjskich ośrodkach detencyjnych, są monitorowane i szczegółowo opisywane .

Rosja bez ogródek broni swoich działań, szerząc dezinformację nie tylko na swoim terenie, ale także za pośrednictwem zagranicznych kanałów manipulacji informacją, szczególnie w Europie.

„Po stronie rosyjskiej konflikt jest przedstawiany przez propagandę jako walka z „ukraińskimi faszystami” lub jako „wyzwolenie” terytoriów, które rzekomo historycznie należą do Rosji. Jednocześnie technologiczny charakter wojny zmienia fizyczną przestrzeń pola bitwy. Drony i inne systemy rozpoznania i ataku sprawiają, że otwarty teren staje się niezwykle niebezpieczny, znacznie ograniczając swobodę przemieszczania się w strefach granicznych” – dodał.

Współczesna przestrzeń informacyjna wojny

We współczesnej wojnie „solidarność” nie jest już generowana przede wszystkim przez fizyczną obecność obok siebie, jak to miało miejsce wówczas w okopach, i przez opóźnione przekazy materialne za pośrednictwem listów, ale przez nieustanne mediacje obrazów, klipów i świadectw, które czynią z nas zdystansowaną publiczność. Lilie Chouliarakiopisuje ten stan jako formę „świadectwa” przemocy za pośrednictwem mediów, globalnej publiczności wezwanej do odczuwania, osądzania i zajmowania stanowiska, ponieważ potrafi „widzieć”. Jednak ta widoczność to nic więcej niż miecz obosieczny; może kultywować wyobraźnię solidarności, uczynić nieznane znajomym lub przerodzić się w spektakl, który wyczerpuje, znieczula i ostatecznie instrumentalizuje bezbronność.

Solidarność rodzi się nie tylko z „racjonalnych” argumentów, ale także z kultywowania naszej wyobraźni – z narracji, które przyzwyczajają nas do postrzegania „obcych” jako bratnich dusz. To pośrednictwo niesie ze sobą ryzyko: wrażliwość, rozpowszechniana jako spektakl, może stać się narzędziem moralizatorstwa, „ekonomią” symboli, która albo motywuje, albo wyczerpuje – a wówczas solidarność nie będzie już uściskiem dłoni na ziemi niczyjej, a każda historia może pełnić funkcję dowodu lub propagandy, wezwania do działania lub narzędzia cynizmu.

Jednocześnie profesor Tiripelli pogłębił dyskusję, wskazując, że:

„W dzisiejszych wojnach asymetrycznych dziennikarze muszą unikać fałszywej równoważności, zachowując jednocześnie dokładność, niuanse i ludzką złożoność, zwłaszcza gdy sama empatia może stać się bronią. Jednym z użytecznych ram jest tu rozróżnienie między pokojem negatywnym a pokojem pozytywnym. Daje to dziennikarzom analityczną siatkę do oceny tego, co faktycznie dzieje się na miejscu. Fakty nie ograniczają się do tego, co jest bezpośrednio widoczne lub bezpośrednio obserwowalne poprzez osobiste zeznania […] To – dając pełny obraz – zapobiega wykorzystywaniu empatii i równoważności w wojnach asymetrycznych. Użycie negatywnej ramy pokoju uwidacznia elementy wojny, które są strukturalnie obecne w okresie „pokoju”, gdy bomby tymczasowo przestają spadać lub gdy przemoc znika z ekranów telewizorów, jak to obecnie widzimy w Strefie Gazy, gdzie cierpienie ludności cywilnej trwa pomimo zmniejszonego zainteresowania mediów”.

Solidarność rodzi się nie tylko z „racjonalnych” argumentów, ale także z kultywowania naszej wyobraźni – z narracji, które przyzwyczajają nas do postrzegania „obcych” jako bratnich dusz. To pośrednictwo niesie ze sobą ryzyko: wrażliwość, rozpowszechniana jako spektakl, może stać się narzędziem moralizatorstwa, „ekonomią” symboli, która albo motywuje, albo wyczerpuje – a wówczas solidarność nie będzie już uściskiem dłoni na ziemi niczyjej, a każda historia może pełnić funkcję dowodu lub propagandy, wezwania do działania lub narzędzia cynizmu.

„Do tego dochodzi walka o przestrzeń informacyjną. Komunikacja z linii frontu jest ściśle kontrolowana i filtrowana, aby nie osłabiać morale ani nie dawać wrogowi przewagi. Każdy gest empatii wobec wroga może natychmiast stać się przedmiotem propagandy i służyć jako dowód słabości lub zdrady” – powiedział Ducháč.

Czy to się zmieniło w trakcie wojny? Niedawne badanie porównało wpisy prezydenta Zełenskiego w mediach społecznościowych przed i po pełnej inwazji i opisuje znaczące przejście od wydarzeń medialnych transmitowanych w telewizji do mediów społecznościowych. Tam nieskryptowane, często traumatyczne doświadczenia służą jako relacja polityka z wojny. Jedną z rzeczy jest „znieczulenie” opinii publicznej na całym świecie, gdy filmy i zdjęcia z Bachmuta czy Buczy zalały internet.

Jednak tego typu treści są również wykorzystywane do wyraźnego pokazania, kto jest prześladowcą. Czy uważasz, że wprowadzenie sankcji może poczekać? Oto artykuł ze zdjęciami przedstawiającymi Pokrowsk sprzed dwóch tygodni. Rozmowy o pomocy Ukrainie zajmują zbyt wiele miejsca w naszych krajowych kanałach informacyjnych? Oto nagranie z ataku lotniczego w Zaporożu, tydzień przed Bożym Narodzeniem. Obie strony wykorzystują front w mediach społecznościowych, i to coraz częściej od samego początku. W 2022 roku, kiedy rozpoczęła się pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę, media donosiły o mądrym wykorzystaniu mediów społecznościowych przez Ukrainę i o tym, że odnosi ona sukcesy na tym polu.

Wojna nie zabija tylko zimą

W takim otoczeniu publicznie widoczna, spontaniczna solidarność między żołnierzami jest praktycznie niemożliwa – politycznie, społecznie i psychologicznie. Wszelkie rozejmy i współpraca muszą zatem pochodzić „z góry”, w formie formalnie uzgodnionych środków, takich jak wymiana jeńców czy utworzenie korytarzy humanitarnych.

W 1914 roku żołnierze obu stron odważyli się na chwilę odłożyć broń na śniegu i podzielić się papierosami i pieśniami. Ten nieprawdopodobny rozejm wydaje się dziś niemal mityczny. Na Ukrainie nie ma symetrii bólu, jest to bowiem przypadek słusznej sprawy z silną asymetrią moralną między stronami. Jednocześnie inwazja została skrywana pod płaszczykiem nieustępliwej narracji propagandowej, która przedstawia Ukraińców jako „owady” lub „nazistów”, aby legitymizować przemoc. Nie ma już wspólnego refrenu, który można by nucić między tymi wersami. W tym konflikcie nawet język pokoju i współczucia został zatruty nienawiścią.

Sama linia frontu przesunęła się w stronę pikseli i dronów. Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża ostrzega, że ​​„współczesne linie frontu rozciągają się teraz zarówno na przestrzeń fizyczną, jak i cyfrową”, ponieważ drony, sztuczna inteligencja i cyberoperacje zmieniają oblicze wojny. Kontakt osobisty ustąpił miejsca obiektywom aparatów fotograficznych. W 2025 roku śmierć cywila staje się jedynie kolejnym plikiem w ogromnym oceanie informacji. W istocie, natłok informacji paraliżuje zmysły, a śmierć dziecka uchodzi za kolejny „klip dźwiękowy” lub wideo w mediach społecznościowych. Tam, gdzie kiedyś nawet francuscy i niemieccy żołnierze wymieniali niezręczne uśmiechy podczas bożonarodzeniowego rozejmu, dziś to, co do nas dociera, jest fragmentaryczne, pośrednie i mało ludzkie.

„Współczesne relacje wojenne funkcjonują zatem w rozproszonym środowisku informacyjnym, gdzie znaczenie, tożsamość i emocje krążą szybciej niż weryfikacja. Algorytmy nagradzają oburzenie, a nie powściągliwość. Pokój rzadko zyskuje na widoczności, chyba że staje się kontrowersją. Moment zawieszenia broni jest niejednoznaczny, powolny i emocjonalnie złożony, co czyni go algorytmicznie kruchym. Dziś mamy media masowe i społecznościowe, natychmiastową i zindywidualizowaną komunikację, głęboką niepewność tożsamości napędzaną globalnym polikryzysem oraz erozję wspólnych ram ideologicznych, które kiedyś pomagały społecznościom interpretować wydarzenia zbiorowo” – mówi prof. Tiripelly.

W tym roku nie będzie chóru żołnierzy śpiewających „Stille Nacht” na frontach wojny. Być może jednak wciąż możemy usłyszeć cichszą formę solidarności. Zamiast dosłownego koleżeństwa, pozostaje wspólne świadectwo, ludzki akt mówienia prawdy w obliczu wojny. Aby zakończyć od początku, filmowym wspomnieniem, jedna scena pozostaje pouczająca. W „Joyeux Noël”, filmie, który najpełniej oddaje ducha rozejmu bożonarodzeniowego z 1914 roku, ta bardzo prawdziwa i ludzka mitologia zaczyna się od dźwięku, gdy niemiecki żołnierz, tenor, wyłania się z okopu i śpiewa kolędę w swoim języku, inspirując otaczających go towarzyszy broni. Nagle, niespodziewanie, szkocki żołnierz odpowiada głosem dud. A potem następuje najodważniejszy akt ze wszystkich – tenor wychodzi z okopu i zmierza w stronę ziemi niczyjej, odsłonięty, śpiewając po łacinie przy akompaniamencie dud — Adeste Fideles, O Come All Ye Faithful.

Łacina, język, który nie należał do żadnego narodu, a jednak niósł ze sobą wspólne dziedzictwo duchowe, stała się wspólnym gruntem. Nie zwycięstwo, nie ideologia, nie flagi, ale wspólna nadzieja, wyrażona w języku, który należał jednocześnie do wszystkich i do nikogo. Ta krucha harmonia nie zakończyła wojny, ale na chwilę zawiesiła jej logikę. Kto wie, czy coś takiego mogłoby się wydarzyć dzisiaj. Jednak scena ta trwa, przypominając nam, że nawet gdy pokój wydaje się niemożliwy, ludzkość przetrwa w najbardziej podstawowych wspólnych doświadczeniach: wspomnieniu domu, cieple rodziny i lęku przed powrotem. Ostatecznie najbardziej radykalnym aktem, jaki nam pozostał, jest, jeśli nie wspólny śpiew, to przypomnienie sobie, że kiedyś – choćby na chwilę – ludzie to zrobili i że może się to jeszcze powtórzyć.

Kształt rozmowy

Czy masz coś do dodania do tej historii? Jakieś pomysły na wywiady lub kąty, które powinniśmy zbadać? Daj nam znać, jeśli chcesz napisać kontynuację, kontrapunkt lub podzielić się podobną historią.